"Pierwsze dwa tygodnie wojny były ciche. Żadnych walk, żadnych przemarszów wojsk. Każdy siedział na swoim miejscu i liczył siły, sprawdzał stan wojsk, uzbrajał się w cierpliwość i miecze. [...]"
Przeczytaj o dalszych losach wojny domowej w Waldgrossen.

Błękitnym tropem

Gdy tylko twoja Karta Postaci zostanie zaakceptowana – trafisz tutaj. Ten dział to miejsce, w którym toczą się wszystkie aktualne rozgrywki.
Awatar użytkownika
Yas
Drugi
Posty: 16
Miano: Jasław "Yas" Labuhn
Pochodzenie: Księstwo Jaksaru
Karta Postaci: viewtopic.php?f=14&t=228
Narrator: Vitav
Na sesji: Tak
Punkty Wytrzymałości: 20/20
Korony: 30

wt lip 03, 2018 5:33 pm  

Ostatni post na poprzedniej stronie:

  W gospodzie wiało pustką i byłoby przeraźliwie cicho, gdyby nie tupot ciężkich, wojskowych buciorów dochodzących od strony schodów. Z daleka można było rozpoznać głos i akcent mieszkańca Nerdii i drugi, głębszy z Waldgrossen. Dwaj Egzarchowie zbierali się powoli do wymarszu na przymusowy drugi patrol, gaworząc przy tym po drodze. Przy wyjściu z tawerny czekał Yas, który już pobudzony był gotów na obchód, który miał nadzieję nie przyniesie niczego złego, ani nie napotkają nawet znikomych oznak wroga.
  Zajęło im chwilę, aby zapoznać dowódce grupy ze schematem wiochy, ustawieniem domów i zaułkami. Przemaszerowali kilka kilometrów w ciszy i pełnym skupieniu, rozglądając się cały czas na boki. Zwierzęta gospodarstwa domowego mijały ich co jakiś czas. Jakiś wychudzony pies krążył przez chwilę przy patrolu, po czym zrezygnowany odpuścił sobie żebranie o jedzenie. Gdy droga ustalona przez Jasława zaczynała kierować ich na obrzeża wioski i mieli po swojej prawej stronie zagajnik, w którym ostatnio mężczyźni dostrzegli czerwone ślepia, dłonie każdego zacisnęły się mocniej na przedmiotach, które trzymali aktualnie w rękach. Kula była dokładnie okręcana między palcami Drugiego, który tylko wyczekiwał lekkiego drżenia. Nic takiego jednak nie miało miejsca i każdy odetchnął z ulgą, a atmosfera od razu poprawiła się. Samir nawet zaczął się odzywać jako pierwszy, ale widocznie nikt nie chciał kontynuować rozmowy z kimś, kto jak to Rolf określił "gada, jakby miał w mordzie piach".
  Słońce powoli zaczynało wychodzić na daleki horyzont Wielkiego Stepu, a czas patrolu dobiegał końca. Zatrzymali się pod zajazdem, w którym każdy członek wyprawy zaznał choć odrobinę snu w normalnych łożach, bez konieczności kolejnego obozowania na skórach pod gołym niebem. Yas stanął przed drzwiami i schował magiczną kulę do tylnej sakwy. – Rolf, Samir, idźcie zbudzić resztę. Słońce niedługo wstanie, niech wszyscy będą gotowi do wymarszu. Jak będzie trzeba to oblejcie naszych wodą. – ostanie zdanie zabrzmiało inaczej niż reszta rozkazu. Wydawało się wyczuć w nim kapkę humoru, lecz nic nie było pewne dopóki twarz magusa zdobiła metalowa maska, która gubiła gdzieś po drodze wiele uczuć i zakrywała całkowicie mimikę twarzy i same oczy, z których tak wiele można wyczytać rozmawiając z drugą osobą. Odwrócił się na pięcie i ruszył samotnie w stronę karawan, które pozostawili przesiadając się na bardziej nieruchowy schron.
  Cichy stukot obcasów, którymi podbite były buty Drugiego, obijał się między ścianami zabarykadowanych chat. Kroczył przed siebie z niezłym bagażem myśli, które co i rusz mnożyły się w głowie. Pytania, na które nikt nie potrafił lub nie chciał odpowiedzieć. Czy ten pojedynczy skaut jest wabikiem? Obserwują nasz każdy ruch? Jeżeli tak, to kiedy planują atak i czy w ogóle planują? Czy dane będzie mu stanąć jeszcze raz twarzą w twarz z Pierwszym z Powładów? Czy Delewin zabawia się z Anną, która jest medykiem? Jeżeli tak, to czy odczuwa spotęgowane przyjemności cielesne spowodowane różnicą w aurach? Te i wiele innych dziwnych, głupich jak i całkowicie poważnych pytań zaśmiecało jego głowę tego pięknego poranka, które nabierało na urodzie, gdy słońce powoli pięło się ku górze barwiąc niebo na pomarańczowo.
Ilość słów: 611

Awatar użytkownika
Vitav
Administrator
Posty: 172
Miano: Vitav Sechmann
Pochodzenie: Królestwo Waldgrossen
Karta Postaci: viewtopic.php?f=14&t=149
Narrator: Eirlys
Na sesji: Tak
Punkty Wytrzymałości: 15/15
Korony: 47
Szylingi: 0
Pensy: 0

śr lip 04, 2018 7:55 pm  

Narrator

  Kiedy do uszu Rolfa dotarło coś o oblewaniu wodą osób nadal śpiących, ten uśmiechnął się pod nosem. Na krótką chwilkę, dosłownie parę setnych. Tuż po tym ten zadziorny grymas zniknął z lica Egzarchy, a ten wyraźnie przytaknął, że zrozumiał rozkaz i niezwłocznie zajmie się zwołaniem reszty ekipy. Co prawda czasu jeszcze trochę było. Posiłkując się własnym poczuciem czasu, Labuhn mógł spokojnie stwierdzić, że do ostatecznej zbiórki jest jeszcze jakieś trzydzieści minut. Mimo to, Samir i jego kompan oddzielili się od Jasława i skręcili w prawo, do tawerny. Yas zaś, mijając ostatni budynek przed placem, pogrążył się we własnych rozmyślaniach.
  Dziwne zachowanie Pierwszego nie dawało mu spokoju. Drugi nie miał pojęcia, czy jedna ze składowych części bladolicej klątwy ciążącej nad ludzkością po prostu ich śledziła, czy może planowała coś więcej. Pewne jednak było, że ów humanoidalny stwór o nadzwyczajnej inteligencji za dni krył się gdzieś w gąszczu drzew i krzaków, a nocą przemykał tuż pod nosami magusów, grając im na nerwach. Z drugiej strony – jakby nie patrzeć – to według von Schwarza takie widoki był na Wielkim Stepie zupełnie normalne. Wojna z Priori nie rozpętała się na dobre, aczkolwiek ci nadal szwendali się po bezdrożach, kryli w lasach, a kiedy stwierdzili, że to odpowiedni moment – uderzali. Nagle niczym błyskawica, pozostawiając za sobą jedynie zgliszcza. Nie bez powodu pojedyncze jednostki pospólstwo zwykło nazywać zwiastunem śmierci, a większe grupki kroczącą pożogą. Rzadko kiedy cokolwiek ostawało się po kontakcie z Pierwszymi.
  Drugą kwestią, już mniej poważną, a raczej będącą zwykłym objawem ludzkiej ciekawości – a więc jednej z przywar, która ostawała się w ludzkim umyśle nawet pomimo wpływu Maszyny – było to, czy Dalewin sypia z Anną, którą z taką chęcią wpuszczał i przywoływał do swojej sypialni. Rzeczywiście, na pierwszy rzut oka można było odnieść takie wrażenie, szczególnie zwracając uwagę na to, w jaki sposób ów dziewczę – całkiem urodziwe swoją drogą, delikatnie jedynie oszpecone przez dwie blizny przebiegające w poprzek prawego policzka – spoglądało na poniekąd dostojnego Drugiego. Ten jednak wbrew swej "sympatii" zdawał się być dość oschły. Zresztą, Yas nawet nie usłyszał żadnych pojękiwań zza ściany, jedynie, jak sobie teraz uświadomił, ciche szepty, które wcześniej brał za niemrawe podmuchy wiatru. Aczkolwiek słusznie zauważył, że dla osób ze skłonnościami masochistycznymi, seks pomiędzy Egzarchą, a Drugim mógłby być na swój sposób przyjemny. Delikatne spięcia i mrowienie przypominające przepływ prądu rzeczywiście mogły coś potęgować.
  Te rozważania przerwał jednak od razu, gdy znalazł się już niemal na środku placu. Stojąc przed Egzarchami, widział na ich twarzach to samo co wcześniej. Motywację, skupienie i wewnętrzną siłę. Biegający gdzieś wokół Pierwszy nie robił na nich zbytniego wrażenia. Byli na to gotowi, doskonale wiedzieli po co i gdzie idą. A do walki póki co nie doszło, toteż obyło się bez zbędnych strat. W końcu, po jakichś pięciu minutach, zebrali się już wszyscy. Druga grupka od prawej od razu rzuciła się w oczy Labuhnowi. Byli to jego ludzie. Stali wyprostowani, wlepiając swój wzrok w Ulricha, który właśnie wygłaszał przemowę.
  Wieczór i noc minęły, można powiedzieć, spokojnie. Wszyscy spisaliście się dobrze, zachowaliście zimną krew, działaliście zorganizowanie oraz kontaktowaliście się ze swymi dowódcami. Od teraz nie mogę już jednak zagwarantować, że wszystko pójdzie po naszej myśli — niski głos wydobywał się z jego gardzieli, formując się we wręcz oficjalne przemówienie. — Chcę przez to powiedzieć, że zapewne nie każdy z was wróci z nami. Niektórzy polegną na polu walki, jeszcze inni mogą nawet nie być świadomi tego, że właśnie giną. Ale to będzie śmierć w słusznej sprawie. Śmierć, z której dumni będą wasi bliscy, z której dumne będzie całe Initium. Dumne z niej będą wasze aury. Oddać życie za ludzkość, to największy wyraz bohaterstwa, na jaki zdobyć może się każdy z was. To zaszczyt, jakiego dostąpić mogą jedynie nieliczni — głosił słowa, które na pozór wywoływały przerażenie, a z drugiej strony były w odbiorze dziwnie krzepiące, motywujące. W pewien sposób można było uznać je nawet za kojące. — Teraz zaś skierujemy się do Hawiarów. Tam również pozostaniemy na zaledwie jedną noc. Stamtąd do Powładów droga krótka. Kwestia dwóch, może trzech dni powolnej podróży. Spocząć i ładować się do wozów. Na wieczór będziemy w następnej wiosce.
  Kiedy von Schwarz skończył mówić, wszyscy jakby się rozluźnili i odetchnęli z pewną ulgą. Człowiek ten zdecydowanie budził w nich podziw, był swego rodzaju nieosiągalnym autorytetem.
  Powozy zajechały, formując się powoli w linię, na której przedzie stał ten najlepiej wyglądający. W nim rzecz jasna zasiedli Drudzy, w pozostałych zaś – Egzarchowie. Podzieleni już na wyraźnie grupki, w których zawiązały się tymczasowe znajomości.
  Dalewin usiadł obok Yasa, głośno przy tym wzdychając. Przed nimi zaś malowała się bogato zdobiona maska von Schwarza. Zdawał się nie być chętny do rozmów, przynajmniej nie teraz. Nic jednak nie stało na przeszkodzie, by spróbować zawiązać jakąkolwiek rozmowę z przełożonym bądź towarzyszem z poprzedniej wyprawy...
Ilość słów: 991

Awatar użytkownika
Yas
Drugi
Posty: 16
Miano: Jasław "Yas" Labuhn
Pochodzenie: Księstwo Jaksaru
Karta Postaci: viewtopic.php?f=14&t=228
Narrator: Vitav
Na sesji: Tak
Punkty Wytrzymałości: 20/20
Korony: 30

sob lip 07, 2018 11:08 am  

  Rozmyślania młodego magusa ciągnęły się i ciągnęły przez jakiś czas. Pogrążony we własnych myślach, nie liczył upływu czasu, a słońce powoli lecz systematycznie unosiło się na nieboskłonie. Zbliżała się godzina wymarszu, a on dochodził do miejsca zbiórki. Mógł dostrzec w całej swej okazałości tą małą "armię", z którą było mu dane poruszać się po Wielkim Stepie. Każdy Egzarcha wyglądał jakby świeżo wyszedł z poligonu, wszyscy stali wyprostowani, poważni i gotowi do walki. Na całe szczęście Pierwsi nie zaatakowali żadnego żołnierza, ani nie zmusili patroli do pogoni i wkopanie się w jakąś pułapkę.
  Plac był już przepełniony, równe rządki członków Initium wypełniały cały teren przeznaczony do zgrupowania. Ulrich von Schwarz stał na środku w całej swej okazałości i majestacie. Głosił mowę motywacyjną, która miała pobudzić serca Egzarchów i przygotować ich do nadchodzącej bitwy. Ktoś mógł sobie pomyśleć, że najważniejsze było, aby wyzbyli się strachu przed śmiercią, bo takowa czekała na nie których na pewno tuż za rogiem. Yas całkowicie rozumiał logikę wypowiadania się w takich sposób do ludzi w tej sytuacji, ale same słowa o umieraniu za rasę ludzką i to, że są ostatnimi, którzy stoją na drodze Pierwszych do całkowitej dominacji kontynentu, nie trafiały to jego rozumu. Paradoks porównawczy do tych, którzy wierzą w Onych, a ludzi którzy rozumieją dlaczego inni wierzą, ale sami mają swój odrębny światopogląd, którego nawet nie ujawnią ze względów kulturowych jakie panują na tych ziemiach.
  Plan podróży został na nowo określony. Kolejny przystanek w Hawiarach, a następnie krótka przechadzka do miejsca docelowego jakimi były Powłady. To tam Jasław był naocznym świadkiem potęgi rasy bladolicych. Samo myślenie o tym, że tam wróci i może spotkać ponownie tego potwora doprowadzało go do lekkiego zakłopotania. Starał się nie pokazywać żadnych uczuć w takim gronie, bo to właśnie Drudzy byli uznawani za skorupy bez emocji. Na nieszczęście Labuha, jego ludzkie odruchy i wrażliwość na świat pozostała gdzieś tam głęboko w sercu. Patrząc na swoich towarzyszy stojących ładnie i dostojnie, żywił nadzieję, że najmłodszy uczestnik wyprawy nabierze nieco większego spokoju ducha i strach oraz głupia brawura nie przyćmi jego oceny podczas walki.
  Gdy wszystko było już załadowane na wozy, a ludzie zbierali się do rychłej wyprawy, Yas spojrzał raz jeszcze za siebie i wbił swój wzrok w zagajnik. Sam nie wiedział czego tam chciał wypatrzeć, ale nie wyglądał jakby na coś czekał. Wyglądało to tak, jakby chciał się najzwyczajniej rozejrzeć. Kiedy wszyscy zajęli miejsca w powozach, konnica ruszyła, a wyprawa została kontynuowana po nieprzespanej dla niektórych nocy. Jasław usiadł naprzeciw dowódcy, a zaraz obok niego spoczął jego towarzysz z ostatniej misji, głośno przy tym wzdychając. Wyczuć można był, że Schwarz nie był skory do rozmowy, najprawdopodobniej w jego głowie szykował się jakiś plan, albo nowa strategia. Kierując swój wzrok na Delewina, Yas zastanawiał się jak rozpocząć konwersację. Po krótkiej chwili znalazł małą zaczepkę, którą chciał wypróbować.
  Co tak wzdychasz przyjacielu? Zmęczyłeś się snem? – głos magusa rozbrzmiał w metalowej masce, a ton był raczej podśmiechliwy. Robiąc to w taki sposób, miał nadzieję, że resztki poczucia humoru Delewina nie zniknęły po ich ostatniej wizycie w Powładach i czekał na jakąś ciętą ripostę, albo odpowiedź w stylu "Spadaj na drzewo".
Ilość słów: 642

Awatar użytkownika
Vitav
Administrator
Posty: 172
Miano: Vitav Sechmann
Pochodzenie: Królestwo Waldgrossen
Karta Postaci: viewtopic.php?f=14&t=149
Narrator: Eirlys
Na sesji: Tak
Punkty Wytrzymałości: 15/15
Korony: 47
Szylingi: 0
Pensy: 0

ndz lip 08, 2018 7:56 pm  

Narrator

  Dalewin siedział nieruchomo. Oparty o obitą grubym materiałem belkę, zdawał się milczeć i nawet nie mieć ochoty, by odpowiedzieć na pytanie Jasława. Jednak kiedy Drugi mógł zacząć wątpić, czy kolega po fachu w ogóle cokolwiek burknie, ten w końcu się odezwał. Zdjął z twarzy maskę, raz jeszcze ukazując swoje – mimo młodego wieku – zmęczone życiem lico i przejechał otwartą dłonią po całej twarzy. Raz jeszcze westchnął.
  Myślami — odparł, zadziwiająco spokojnie — Kiedy jest się w takiej sytuacji, to głowę nawiedzają tysiące myśli w zbyt krótkim czasie, by dało się je przesiać i pozostawić jedynie te cokolwiek warte — kontynuował. Jego głos brzmiał, jakby sam mówca był nieprzytomny duchem, a obecny jedynie ciałem. Jakby nadal był pogrążony w swoich rozmyślaniach. — Powrót do Powładów okazał się dla mnie zaskoczeniem dopiero w Żagiewnikach. Dopiero wtedy, kiedy byłem w stanie dokładnie przeanalizować naszą sytuację i to, gdzie zmierzamy. Zginęło tam tyle ludzi, którym nie byliśmy w stanie pomóc. Byliśmy świadkami mocy, o której nawet nam się nie śniło, choć stale o niej słyszeliśmy. Byliśmy ślepi i głusi na to, co zawsze nas otaczało. Jeśli nie fizycznie, to przynajmniej w formie zapisków, przesłań i słów uczonych. A mimo to nie byliśmy gotowi. Nikt nie był. Zastanawia mnie — odwrócił się w stronę Jasława, wpatrując się swym mętnym wzrokiem prosto w jego oczy. Zupełnie bez-emocjonalnie. — Czy już jesteśmy? — Kiedy spytał, Labuhn mimowolnie odczuł dreszcz biegnący po jego karku. A chwilę potem drgania pochodzące bezpośrednio od zaklętej kuli. Trwało to tak jak wcześniej – zaledwie krótki moment, niespełna sekundę. I ustało. Odczuł to także Dalewin, którego podkrążone oczy jakby się zmarszczyły. Von Schwarz zaś nawet nie zwrócił na to uwagi. Bardziej interesowały go słowa Drugiego.
  Na wojnę nikt nigdy nie jest gotowy. Ani zwykli ludzie, ani władcy, ani nawet my. Nasz gatunek od zawsze planuje, knuje, zdradza i atakuje. Mimo to nie jesteśmy na to gotowi, nawet jeśli wydaje nam się inaczej. Jedyne co robimy, to zwiększamy nasze szanse, zmniejszając szanse innych. Zbytnia pewność siebie zgubiła wielu — Wtrącił się Ulrich — Pierwszi grzeszą pychą, podobnie jak wielu Drugich. Przewaga liczebna nie zawsze jest gwarancją zwycięstwa, znacząco jednak wpływa zarówno na morale, jak i na szanse właśnie. Swoje zwiększamy do maksymalnej wartości. Nie możemy się lękać, ale nie możemy też być pewni swego. Nie możemy zbyt wiele o tym myśleć, ale nie możemy porzucić naszego rozumu i zatracić się w walce — mówił pouczająco — Tak więc, Dalewinie...
  Gotowi nie jesteśmy ani my, ani oni.
  Dokładnie — odparł von Schwarz, z delikatnym uśmiechem na ustach, zadowolony najwyraźniej z tego, iż młody Drugi wyniósł z jego słów pewną lekcję.
  Na podobnych rozważaniach, przerywanych niekiedy ponownie drganiami zaklętych kul, jak i bardziej pokrzepiającymi rozmowami, mijała reszta podróży przez Wielki Step. Po paru godzinach na horyzoncie pokazały się w końcu Hawiary – wyjątkowo rozległa osada, która za kilkanaście lat, zakładając, że do tego czasu przetrwa, będzie mogła aspirować do tytułu małego miasta. Otoczona grubą palisadą, wewnątrz której zaczęto układać już masywne kamienie łączone przy pomocy zaprawy. Przy samej bramie stacjonował mały oddział – bo składający się z zaledwie sześciu osób – Egzarchów z Exitium, o czym pasażerów powozu poinformować raczył woźnica.
  Najwyraźniej Nakamurze zależy na utrzymaniu tej osady. Ta grupa to zapewne jedynie zalążek góry lodowej. Exitium musiało zorganizować sobie tutaj przystanek wypadowy. Dobrze wiedzieć, że w okolicach są nasi. Ale nie zagrzejemy tu na dłużej. Napoimy konie, napełnimy żołądki, porządnie wypoczniemy i ruszamy do Powładów. Dziś nie my będziemy patrolować. Możecie zająć się treningiem, albo zregenerować całkiem swoje siły. Do zachodu słońca jeszcze kawał czasu — dość szybko powiedział Ulrich, po czym opuścił wnętrze powozu i zasiadł obok woźnicy. Zapewne po to, by od razu móc poinformować pełniących rolę straży Egzarchów, o celu podróży.
  Cisza przed burzą, co? — spytał niespodziewanie Dalewin. Strzelił palcami rąk i – jak to miał w zwyczaju – głośno westchnął. Słowa te zabarwił lekko śmiech, ale wdarła się w nie także nutka zwątpienia.
  Po jakichś pięciu minutach konie się zatrzymały. Kilka zdań wyjaśnień, kolejne parę minut, dźwięk z trudem otwieranych potężnych, zbudowanych z drewnianych bali wrót, i powóz znów ruszył. Przez okna dostrzec można było dość duży rozstrzał, jeśli chodziło o standard tutejszego budownictwa. Niektóre domostwa nadal wzniesiono przy użyciu drzew, a niektóre były już murowane. Po ulicach chodzili raczej skromnie ubrani ludzie, a pomiędzy ciasnymi uliczkami przeciskały się dzieci o umorusanych błotem twarzach. Życie zdawało się tutaj toczyć tak jak gdyby nigdy nic. Zapewne sporo udziału w tym miała obecność Drugich oraz Egzarchów z Exitium, którzy nie dość, że tu stacjonowali, to robili za wyjątkowo silną linię obronną Hawiarów.
  W końcu powozy znów się zatrzymały. Ponownie na obszernym placu, po środku którego stał sporawy marmurowy posąg, przedstawiający piątkę ludzi, a raczej ich bogów – Onych. Postacie odziane w długie szaty, z narzuconymi na głowy kapturami zasłaniającymi nie tylko same włosy, ale i twarze. Nie było to może arcydzieło wyjęte spod dłuta mistrza rzeźbiarstwa, ale jak na osadę na Wielkim Stepie – robiło wrażenie. Wokół tego – jak się zdawało – rynku wzniesiono dużą kaplicę, kilka warsztatów, kuźnię oraz dwie konkurujące ze sobą tawerny – "Pod czerownym guźcem" oraz "Pod błękitnym wilkiem".
  Kiedy wszyscy już się zebrali i ustawili w dwuszeregu, von Schwarz wygłosił kolejne przemówienie. Powtórzył właściwie to samo, co rzekł wcześniej do Dalewina i Jasława, dodając tylko, że przenocować i najeść mogą się w przybytku z drapieżnikiem w nazwie i na szyldzie. Tam też skierowała się od razu większość uczestników wyprawy – w tym drużyna skompletowana przez Yasa. Ten zaś musiał teraz zdecydować, czym zajmie się przez resztę dnia.

Spoiler:
Tak jak już zawarte jest w poście – to rzeczywiście taka forma wolnego czasu, który możesz poświęcić na co zechcesz. Może być to trening, jak i polepszane relacji z drużyną, bądź rozmowy z ludźmi z Exitium. Generalnie cokolwiek przyjdzie ci do głowy, a jest możliwe do zrealizowania. Napisz więc w następnym poście co dokładnie chcesz zrobić, a ja potem po prostu podsumuję co ci się udało, jakie są tego konsekwencje i pewnie od razu ruszymy do Powładów. Chyba, że zrobisz coś, co postowo przedłuży pobyt w Hawiarach.
Ilość słów: 1234

Awatar użytkownika
Yas
Drugi
Posty: 16
Miano: Jasław "Yas" Labuhn
Pochodzenie: Księstwo Jaksaru
Karta Postaci: viewtopic.php?f=14&t=228
Narrator: Vitav
Na sesji: Tak
Punkty Wytrzymałości: 20/20
Korony: 30

pn lip 09, 2018 8:54 pm  

  Młody magus siedział bardzo spokojnie, z wielką nadzieją oczekiwał na to, że jego znajomy otworzy swe usta, a z tych popłynie magiczna rzeka mądrości i życiowych porad. Odpowiedź jaką usłyszał, zmusiła go do powstrzymania wewnętrznego śmiechu, który narastał powoli niczym gąbka zanurzona w letniej wodzie. Przyłożył delikatnie palce prawej ręki do metalowej, zimnej maski i poprawił ją. Był to czyn dość dziwny, gdyż porządnie zamocowana, nie powinna nawet drgnąć w niezamierzonym kierunku. Czyn ten miał na celu uspokojenia myśli i głupiego poczucia humoru.
  Kontynuował wysłuchiwanie przemyśleń Delewina, który widać było na pierwszy rzut oka, że mówi dość poważnie. Jego oczy były podkrążone, a wzrok bardzo mętny i niewyraźny. Wyglądał jakby medytował na jawie i jednocześnie się odzywał i poruszał. Ruchy te jednak wyglądały jakby wykonywane były tylko i wyłącznie siłą woli, a nie mięśni. Gdy opart o ściankę karawany, pogrążony w monologu Drugi wyrzucał z siebie to co mu siedziało na wątrobie, Schwarz jakby nagle załapał kontakt z rzeczywistością. Można by powiedzieć, że czekał na moment, aż jego młodzi podwładni zaczną używać swoich głów i będą analizować, co przed chwilą ukazał Delewin.
  Nagle jakby chcąc podsumować cały swój wywód o tym, czy tak na prawdę są w stanie przezwyciężyć tą pożogę, która kroczy niepowstrzymanie przez Wielki Step i zaznać pokoju, magiczne kule całej trójki znajdującej się w powozie, zatrząsnęły się i lekko zabłysnęły. Trwało to dosłownie kilka sekund, lecz nie dało się tego nie zauważyć. Labuhn szybkim ruchem szyi odwrócił się, nie spoglądając już na zmarnowanego magusa i wzrok swój skierował przez okno. Przed nim rysował się pejzaż złocistych pól, niewielkich połaci lasów, chmury wędrujące spokojnie po niebie i słońce, które wspinało się powoli na nieboskłon coraz wyżej i wyżej. Lekki wiaterek muskał źdźbła zbóż, które kiedyś zamienią się w mąkę, a następnie w chleb. Trafią na stoły wieśniaków i szlachty. Zostaną strawione i wydalone, a to co z nich pozostanie, wchłonie ziemia. I tak oto cykl życia nawet najmniejszego ziarenka na tym świecie zawsze zataczał swe koło. Z ludźmi było podobnie, lecz to co odróżnia ich od takiego zboża, to wspomnienia innych. Póki wciąż żyjemy w sercach innych, nigdy tak na prawdę nie umrzemy.
  Szybkie oczy przebierały przez otwarty teren, a po Pierwszym najmniejszego śladu widać nie było. Ten osobnik był dla nich wszystkich niedostrzegalny, ale sam dowódca kampanii niewzruszony wciąż siedział w tym samym miejscu, w tej samej pozie. Jasław delikatnym ruchem ręki zasłonił okienko płótnem, które najwidoczniej miało robić za zasłonkę i skierował się z powrotem w stronę towarzyszy podróży. Chwycił lekko swój kaptur, prawą ręką chwycił za gardło i szybkim ruchem palców odczepił maskę i odchylił nakrycie głowy. Rozczochrane, śnieżnobiałe włosy wyglądały jakby żyły własnym życiem. Młoda i urodziwa twarz traciła tym razem na tym, że zmęczenie postarzało ją o co najmniej 10 lat. Podkrążone oczy, mętne źrenice, blada cera i ogólne efekty uboczne zbyt długiego unikania snu. Odłożył metalowe pokrycie twarzy na swych nogach i przetarł twarz skórzaną rękawicą, którą po chwili ściągnął i poprawił busz, który znajdował się na głowie. Kolejna rękawiczka do pary powędrowała do tylnej sakwy.
  Dowódca Ulrich von Schwarz nagle przemówił. Jego głos wywołał na plecach Yasa niezłe ciarki, których nie mógł się pozbyć jeszcze przez jakiś czas. Słowa kapitana gubiły się nieco w nagłym natłoku myśli Jasława. Samo zdanie, mówiące że Pierwsi są "pyszni", wywołało lawinę w głowie młodego magusa. "Jak mają nie być pyszni, skoro jedno dotknięcie ich aury, sprawia że można wyparować? Jak mają nie być pyszni, gdy poziom mocy jednostki przewyższa grupę uderzeniową składającą się ze świetnie wyszkolonych wojowników i Drugich? Jak możemy wytykać im wyższość nad nami i obracać to w ich wagę, skoro to my uciekamy całymi grupami przed jednym potworem? Czy nie na tym właśnie polega bycie dominującym gatunkiem?" Nagle, gdy Delewin wygłosił kompletnie absurdalne brzmiące w umyśle Yasa zdanie, coś poruszyło jego sercem. Zamarł na chwilę, a czas dookoła jakby zamarzł. Spuścił głowę w dół i splótł ręce. "Żadne z nas nie jest gotowe? Ha... a to dobre... Jeżeli nie byliby gotowi, to dlaczego mieliby pierwsi zaatakować ludzkość? Akt desperacji? Kończyła im się moc, czy jedzenia zaczęło brakować? Może potrzebują nowych, świeżych ciał ludzkich? Może właśnie tak powstają nowi Pierwsi? Co jeżeli oni żyją na zasadzie mrówek? Jeżeli tak, to gdzie jest królowa, która pociąga za wszelki sznurki? Ich ataki na osady ludzkie mają na pewno jakiś schemat i cel. Jeżeli nie można odnaleźć królowej, to dlaczego by nie zniszczyć całego gniazda? Pogrążyć w pożodze ognia, albo najlepiej skuć wszystko w jedną wielką bryłę lodu..."
  Drugi nagle ocknął się jakby wybudzony ze snu na jawie i powrócił do uczestniczenia w całej rozmowie. Uczestniczenie to może zbyt duże słowo, gdyż był biernym słuchaczem i bardziej analizował, niż się udzielał. Rozmowy jednak trwały dalej, a magiczne radary nie dawały Yasowi spokoju. Gdy ten starał się zmrużyć oczy na pięć minut, lekka wibracja od razu go wybudzała i dawała znać sercu, że lekki napływ adrenaliny w żyły to w cale nie taki głupi pomysł. Młodzieniec był już zmęczony tymi wszystkimi podróżami i wiecznym życiem na walizkach. Chciał pobyć w końcu gdzieś przez dłużej niż dwa, trzy dni bez konieczności dalszego wymarszu. Znudziło mu się po jakimś czasie obserwowanie terenu poza wnętrzem karawany i skupił swój wzrok na dwójce w środku. Na pierwszy rzut wziął Delewina. Gdy ten był zajęty dyskutowanie na jakieś "bardzo ważne tematy" z panem kapitanem, Yas uważnie mu się przyglądał. Zastanawiał się, czy gdy zdjął maskę w pobliżu innych kobiet, które z nimi podróżują, spodobał im się bardziej niż śnieżnobiały młodzieniec. Zadawał sobie pytanie, czy one po prostu uważają to za niestosowne, zarzucić okiem na Drugiego, który posiada inną aurę niż one same? Może po prostu były nieśmiałe... choć Cathrin dość urodziwa, nie przejawiała żadnych oznak pożądania skierowanych do swojego kapitana. Magus po chwili kontemplacji założył ręce na pierś i oparł się głową o skórzane podbicie tylnej ścianki.
  "Może jest coś ze mną nie tak, że nie zwracam należnej uwagi kobiet na siebie... Czy ja jestem atrakcyjny? Nie, to złe pytanie... Czy jestem w typie kobiet? Czego takie szukają u mężczyzn? No może nie jestem tak wielki jak Rolf, ale muskulatury swej się nie wstydzę. Czy chodzi o to, że zawsze jestem lodowaty? To już nie moja wina, nic na to nie poradzę... taki się urodziłem. Czy to może być powodem? Może powinienem dotykać ich w rękawicach? Przecież to robię cały czas... Cały? Rzadko kiedy wchodzę w jakikolwiek kontakt fizyczny z nimi. Może to jest właśnie problem? Nie... jeszcze mnie wezmą za natręta i nigdy nie znajdę wypełnienia dla mego skruszonego serca..."
Po dłuższej chwili zamyślenia, Jasław opadł zrezygnowany, opierając się o własne nogi. Jego twarz skierowana była bezpośrednio w stronę maski, która tam też spoczywała od jakiegoś czasu. Wpatrując się jakiś czas w błękitne szkiełka, które pozwalają mu obserwować otoczenie, gdy ta spoczywa na jego licu, dostrzegł że powóz nieco przyspieszył. Mogło to oznaczać tylko to, że niedługo już będą na miejscu, w Hawiarach.

  Osada, która jako jedna z niewielu utrzymała się jeszcze na Wielkim Stepie, robiła wrażenie małego, rozległego fortu, który powstaje ze zgliszcza, jakie zapanowało na tych terenach. Widok ten musiał na pewno wzbudzić nadzieję co niektórych podróżników idących z daleka, że na tych ziemiach wciąż jest miejsce, które trzyma się twardo i stabilnie. Długość i rozmieszczenie zabudowań w wiosce, spokojnie mogłaby przyćmić niektóre mniejsze miasteczka, które były może i większe, lecz nie tak rozległe. Za palisadami, które otaczały mieścinę, widać było prace murarskie, które miały przygotować mieszkańców na ataki najeźdźców. Pytanie nasuwało się jednak takie, czy budowniczy zdawali sobie sprawę z tego, że takie coś może zatrzymać co najwyżej grupkę bandytów, nie rozwścieczonego i spragnionego mordu Pierwszego. Niekiedy zdawało się nawet, że ochronne bariery i ogromne mury Initium upadły by pod falą bladolicych.
  Kątem oka można było dostrzec stacjonujących sześcioro Egzarchów, którzy wywodzili się z Exitium. Osoba, która choć odrobinę znała się na kulturze i zasadach panujących w Initium, od razu dostrzegła by rażącą różnicę pomiędzy tymi dwoma frakcjami. Przedstawiciele magicznego instytutu z długą historią mieli pewne zasady. Mianowicie żołnierze niższego szczebla nie różnili się od siebie zazwyczaj jeżeli chodziło o ekwipunek i ubiór. Można było dostrzec w nich bardziej zorganizowaną armię. We frakcji Nakamury panował całkowity miszmasz jeżeli chodziło o odzienie. Każdy mógł wyglądać jak chciał, bo liczyło się tylko to, że chciał podążać za tymi samymi ideałami jak jego bracia i siostry z Exitium.
  Dowódca Schwarz nakreślił jasno w środku powozu, że osada był najwyraźniej dobrze chroniona przez wysłanników z bardziej rebelianckiego odłamu Initium. Wyszedł na zewnątrz, aby zasiąść przy woźnicy i powiadomić straż bramy o naszym przybyciu. Nie wyglądało to jakby byli jakoś bardzo poruszeni na widok tak znacznej karawany. Bardzo możliwe, że w środku wioski znajdowało się ich znacznie więcej. Nie marnując czasu jak na doświadczonego przywódcę przystało, von Schwarz od razu po zatrzymaniu powozów zorganizował zbiórkę i cała kampania zebrała się w szeregu w jednym miejscu. Mowa, z której był już znany zawitała i zabrzmiała dźwięcznie, odbijając się od ścian domostw, którymi byli otoczeni. Powtórzył praktycznie dokładnie te same słowa, którymi uraczył się podzielić z Yasem i Delewinem podczas podróży. Wszyscy żołnierze jak jeden mąż ruszyli do karczmy z wilkiem w szyldzie, a słońce przechylało się na nieboskłonie już w tą drugą, bardziej mroczną stronę, która zwiastowała nieuniknioną ciemność.
  Jasław zaplanował sobie, że tym razem spędzie trochę więcej czasu ze swoimi kompanami. Jako, że patrole był zniesione dzięki obecności Exitium, mogli na spokojnie zająć się sobą. Chciał wpierw zjeść i odpocząć chwilę z całą resztą w karczmie, a następnie zabrać wszystkich na wypatrzony z oddali w powozie, niewielki placyk z położoną kostką. Zależało mu na tym, aby udać się na porządną medytację i pokierować wszystkimi, jak powinno się poprawnie zatopić we własnym wnętrzu, aby odłączyć wszelkie zmysły i oderwać się od świata zewnętrznego. Zasiądzie w środku, a cała reszta dookoła niego. Roztoczy w którymś momencie mroźną aurę, aby każdy poczuł orzeźwiający chłód i mógł skupić się na sprawach duchowych. Po wszystkim, chciałby przejść się po wiosce w towarzystwie tych, którzy chcieliby mu towarzyszyć i popytać członków Exitium oraz mieszkańców o jakieś wieści i najnowsze plotki dotyczące okolic. Na sam koniec udałby się na spoczynek, który tak bardzo domagało się jego ciało i umysł.
Ilość słów: 2107

Awatar użytkownika
Vitav
Administrator
Posty: 172
Miano: Vitav Sechmann
Pochodzenie: Królestwo Waldgrossen
Karta Postaci: viewtopic.php?f=14&t=149
Narrator: Eirlys
Na sesji: Tak
Punkty Wytrzymałości: 15/15
Korony: 47
Szylingi: 0
Pensy: 0

śr lip 11, 2018 2:49 pm  

Narrator

  Podróż przez Wielki Step nie oddziaływała najlepiej na umysł młodego Drugiego, którego wciąż trapiły sprawy minione. To, co widział na własne oczy w Powładach, budowało w jego głowie wysoki mur, przez który przebić nie mogły się ani słowa Dalewina, ani nawet Ulricha von Schwarza. Jasław był głęboko przekonany o potędze pojedynczych Pierwszych. Nie docierało do niego, że nie każdy z nich jest aż tak potężny. Nie rozumiał, że to, na co się natknął, było po prostu na swój sposób wyjątkowe, było pewnego rodzaju ewenementem. Niezwykle silną postacią, która zapewne przewodziła sporej grupie innych, już posiadających nieco mniejszą moc – co oczywiście nie oznaczało, że byli słabi. Ale nie nieśmiertelni.
  Te myśli były jednak dopiero początkiem prawdziwej powodzi, w której topić zaczynał się Labuhn. Kto by pomyślał, że zaczynając od kwestii czysto tyczących się przetrwania oraz wygrania wojny, przejdzie się do miłostek i potrzeby odnalezienia osoby, do której można się zbliżyć. Poczuć ciepło, które przecież było mu tak obce, a zarazem potrzebne.
  W końcu – zmęczony własnymi myślami – opuścił głowę i zaczął wpatrywać się we własną maskę. Coś, co było symbolem dystansu pomiędzy Drugimi i zwykłymi ludźmi, a nawet Egzarchami. Czas mijał nieubłaganie, co w tej sytuacji zdawało się być jedynie olbrzymim plusem. Ostatecznie udało dotrzeć się do Hawiarów jeszcze przed zachodem słońca, a tam spędzić mieli kolejną noc. W nieco luźniejszej, spokojniejszej atmosferze. Pozostałe godziny poświęcić mogli zarówno na trening, jak i odpoczynek, bądź nawet po prostu rozmowę z innymi uczestnikami wyprawy.
  Jasław dość szybko, bo zaraz po przemowie dowódcy, skierował się do wyznaczonej wcześniej tawerny. Wbrew pozorom, które tworzyła wielkość osady, wcale nie było tu tak tłoczno, jakby mogło się zdawać. Choć z drugiej strony, miejsce to mogło zostać zarezerwowane specjalnie dla oddziałów z Initium bądź Exitium, dzięki czemu magowie mogli czuć się nieco spokojniej, omijając towarzystwo zwykłych ludzi szerokim łukiem.
  Młodzieniec zasiadł przy tym samym stole, co reszta jego kompanii. Posiłek otrzymali dość szybko, mając okazję popić pieczone kurczaki całkiem znośnym winem lub – jak kto wolał – po prostu kompotem. Łatwo można było się domyślić, że Egzarchowie raczej bez zawahania, wiedząc, że tej nocy żmudne patrole ich ominą, zdecydują się na to pierwsze. I tak było. Czas spędzony w przybytku – który śmiało można było określić przytulnym, a przemawiało za tym ciepłe światło bijące od świec, drewniana posadzka, murowane ściany oraz dość ciasno ustawione stoliki i nawet wygodne krzesła – leciał tak szybko, jakby uciekał przez palce. Nim Jasław się spostrzegł, minęły dwie, a może nawet trzy godziny. Nadszedł moment na kolejny element postoju – medytację.
  Cała drużyna zebrała się w ustronnym miejscu, które porastała dość gęsta trawa. Ustawili się w kole, a potem tak samo usiedli, składając dłonie na kolanach. Przyjemny chłód, który roztaczał Labuhn szybko pozwolił się wyciszyć tak dobrze, że do uszu nie docierało nawet cykanie świerszczy.
  Ciało młodego Drugiego na wskroś przeszył błogi spokój, wpuszczając swe nici poprzez wszystkie narządy wewnętrzne. Odczuwał chłód, którym sam emanował, a po jego karku przebiegał delikatny dreszcz. Czuł jak pojedyncze włosy na jego rękach sztywnieją, jak pojawia się gęsia skórka. Choć oczy miał zamknięte, przez co widział jedynie ciemność, to czuł się jak na leśnej polanie, przez którą przebiegała rzeka. Słyszał jedynie kojący szum wody i lekki szelest wiatru przedzierającego się między trawami.
  Ten stan rzeczy trwał kilka godzin, aż wszyscy ocknęli się w niemal jednym momencie. Drużyna wydawała się być zadowolona, a już na pewno spokojniejsza. Po parunastu minutach rozmów, w końcu na powrót ruszyli do “wilczej” tawerny. Tam raz jeszcze się posili, a potem udali na prawidłowy odpoczynek.
  Poranek był chłodny, a niebo pochmurne. Labuhna obudziły dopiero na spółkę z pianiem kogutów, krzyki biegających po placu dzieci. Wszyscy zbierali się do odjazdu, bowiem ostatecznie nadszedł czas na podróż w punkt docelowy całej wyprawy – do Powładów. I choć powoli zbliżać miał się punkt kulminacyjny, tak wszystko przebiegało jak wcześniej. Wątpliwości Dalewina, pouczenia von Schwarza, drgająca co chwilę kula. Jedynie pogoda się zmieniła. Deszcz powoli zaczął opadać na wysuszone połacie traw Wielkiego Stepu. Czasami gdzieś uderzył piorun i wtedy wszyscy zastanawiali się czy to rzeczywiście sprawka burzy, czy może Pierwszych. W końcu po drodze minęli kilkanaście spopielonych osad, więc czemu i teraz jakaś nie miała stanąć w ogniu?
  Powłady nagle jakby wyrosły z powierzchni ziemi. Był późny wieczór, słońce nie dość, że przysłonięte przez chmury, to jeszcze chowało się za horyzont. Połowa wioski nadal pozostawała ruiną, druga zaś część była taka, jaką zapamiętał ją Jasław – po prostu niemal nietknięta. Ulice świeciły pustkami, na zewnątrz nie sposób było uświadczyć choćby psa czy kota, a ptaki jakby się stąd całkiem wyniosły. Tylko nieznośne muchy pochowały się pod zadaszonymi obszarami i wydawały ten swój irytujący dźwięk podczas lotu.
  No, wygląda na to, że się nie zgubiliśmy — odezwał się Ulrich, a tuż po tym szybko przytaknął mu Dalewin, przełykając przy tym głośno ślinę. — Albo mi się zdaje, albo… — kontynuował, nieco ciszej już. Sięgnął do torby i wyjął z niej kulę, która trzęsła się tak mocno, że aż brzęczałą. Błękitne światło, które od niej biło spokojnie oświetlało teren w promieniu dwóch metrów. — Ale to jeszcze nic nie znaczy, spokojnie. Zebrać wszystkich jak najszybciej, sformować drużyny i mieć oczy dookoła głowy. Nie będziemy się celowo rzucać w paszczę lwa, ale nie damy mu zaatakować z zaskoczenia. Pierw poszukamy miejsca, w którym można się schować. Byliście tu wcześniej, gdzie stała tawerna? — spytał.
Ilość słów: 1100

Awatar użytkownika
Yas
Drugi
Posty: 16
Miano: Jasław "Yas" Labuhn
Pochodzenie: Księstwo Jaksaru
Karta Postaci: viewtopic.php?f=14&t=228
Narrator: Vitav
Na sesji: Tak
Punkty Wytrzymałości: 20/20
Korony: 30

czw lip 12, 2018 7:25 pm  

  Dźwięki dochodzące z dworu były wyraźnym znakiem, że już zaczyna świtać. Krzyki małolatów przeplatały się z pianiem koguta, które razem brzmiały niczym symfonia najgorszej wiejskiej orkiestry świata. Powoli podnosząc się ze swojego łoża, Yas przetarł oczy i ziewną bezdźwięcznie. Tej nocy nie miał na szczęście "przyjemności" obudzić się zalany potem przez koszmary ścigające go od tamtej pamiętnej chwili. Ubrał się na spokojnie i udał się na parter, aby spożyć solidną dawkę kalorii z rana. Wszyscy żołnierze byli już w trakcie, lub właśnie kończyli jeść swoje posiłki. Łapczywie zajadając jajka z kiełbasą, musiał popijać szklanką śliwkowego kompotu, aby kawał mięsa nie stanął mu w gardle. Musztra tej kampanii nakładała na niego obowiązek punktualności, której nie był przodownikiem, więc nadrabiał dłuższe wybudzanie, szybkim pochłanianiem strawy.
  Godzina wymarszu nieubłaganie zbliżająca się, tworzyła w co niektórych głowach pytania i zakłopotanie. Każdy pewnie zastanawiał się, czy wróci z tej misji żywy, albo czy w ogóle spotkają jakiegoś Pierwszego. Jasław z jednej strony oddał by nawet własne buty i wracał na pieszo do Initium, aby nie musieć konfrontować się z bladolicym, który zostawił wielką bliznę na jego oraz Delewina psychice. Z drugiej strony jednak krew pompowana przez jego serce wrzała z każdą minutą, która skracała ich dystans od Powład. Miał wiele myśli oraz wyobrażał sobie często jak rozbija zamarznięte ciało Pierwszego, które rozsypuje się na ziemię na milion małych kryształków lodu. Chęć zemsty na całe szczęście nie przesłaniała mu zdrowego rozsądku i miał zamiar rozegrać nadchodzące wydarzenia z głową i dozą ostrożności.
  Zapakowane i gotowe karawany czekały już pod "wilczą" tawerną, w której spędzili bardzo spokojną noc. Gdy wszyscy stanęli w dwuszeregu, dowódca von Schwarz wygłosił prawdopodobnie ostatnie swoje przemówienie i wszyscy zajęli przypisane im miejsca w orszaku wojennym. Cała podróż minęła dość szybko. Po drodze każdy mógł oglądać zrównane z ziemią osady, które utonęły w zgliszczach pożogi zostawionej przez bladolicych. Pogoda była tego dnia bardzo nieprzyjemna, zaczął padać deszcz, a w oddali słychać było grzmoty błyskawic. Powłady ukazały swe opustoszałe i przerażające oblicze. Puste ulice, brak jakichkolwiek oznak życia ludzkiego jak i całkowity zanik zwierzyny. Ptaki, które były wszędzie i latały po przestworzach, omijały to miejsce szerokim łukiem.
  Gdy dowódca skomentował ich przybycie do celu, było można dostrzec zdenerwowanie Delewina, który ewidentnie i jawnie nie chciał wracać ponownie do tego miejsca. Labuhn wydawał się skupiony i skoncentrowany na otoczeniu. Wszystko wyglądało tak, jakby ktoś zamroził czas w tej wiosce. Kiedy von Schwarz zatrzymał się w połowie zdania i wyciągną jarzącą się magiczną kulę, która trzęsła się tak mocno, że aż wydawała nieznośny dźwięk, zakłopotanie zawitało również w sercu Jasława. Odruchowo chwycił swój wykrywacz bladolicych i było to już potwierdzone. Ktoś tu na nich czekał i było to czuć już z daleka.
  Tak jest dowódco Schwarz. Tawerna stała około dwieście metrów na południe od miejscowego rynku. Od tej strony wioski musimy kierować się dokładnie przed siebie, ale jest szybsza droga pomiędzy domostwami, które się jeszcze ostały. – odpowiedział na pytanie kapitana bardzo szybko i szczegółowo. Od teraz wszystko będzie działo się niespodziewanie i będą musieli analizować sytuację, nie dając się zaskoczyć przeciwnikowi. Yas był gotów na błyskawiczne sformowanie swojej drużyny i wyruszenie do tawerny tą drogą, którą dowodzący Drugi uzna za właściwą w tej sytuacji. Mało doświadczony magus nie chciał podejmować takich sytuacji, gdyż jego wiedza mogła być niewystarczająca, aby zapewnić ludziom bezpieczniejszą przeprawę do miejsca, które wskazał von Schwarz.
Ilość słów: 707

Awatar użytkownika
Vitav
Administrator
Posty: 172
Miano: Vitav Sechmann
Pochodzenie: Królestwo Waldgrossen
Karta Postaci: viewtopic.php?f=14&t=149
Narrator: Eirlys
Na sesji: Tak
Punkty Wytrzymałości: 15/15
Korony: 47
Szylingi: 0
Pensy: 0

sob lip 14, 2018 6:03 pm  

Narrator

  Schwarz szybko przyjął instrukcje Jasława, po czym rozkazał ruszyć do tawerny drogą może i dłuższą, ale za to bardziej sprawdzoną. Ciemne, boczne i ciasne uliczki zdawały mu się złym wyborem, kiedy wędrować przez nie miał całkiem pokaźny orszak ludzi parających się magią. Jakby nie patrzeć, jeśli lekko ponad dwudziestka osób, co to atakując zaklęciami rzucają, miała się z kimś zetrzeć w miejscu raczej nie dającym sposobności na zbytni ruch, mogłoby niechcący dojść do atakowania siebie nawzajem. W dodatku Pierwszy miałby ich jak na widelcu – zakładając oczywiście, że nadal gdzieś się tam szwendał. Na co uparcie wskazywała magiczna kula.
  Kiedy przechodzili przez zgliszcza domostw, czuli jakby coś ich obserwowało – i nie chodziło wcale o ludzi, którzy ostali się przy życiu po poprzednim ataku, a teraz ciekawsko wystawiali jedynie czubek głowy i oczy przez okna, by sprawdzić kto to zawitał do Powładów. Magowie jednak, kiedykolwiek by się nie obrócili, widzieli jedynie gęsty deszcz uderzający o ziemię. Podłoże zaczynało robić się błotniste, a z ziemi powypełzały sporawe dżdżownice i inne robactwo. W miejscach, gdzie wcześniej leżeli martwi ludzie, ostały się jedynie kości, z których mięso poobgryzały zapewne dzikie psy i koty. Obywatele osady – prawdopodobnie ze strachu – nie kwapili się nawet, by pochować nieszczęśników poległych w walce. Ba! Mało kto pewnie opuszczał jeszcze własny, a jeśli już, to tylko po to, by nabrać wody ze studni albo wydrzeć ostatki zapasów ze spichlerza. Większość populacji uciekła także do Strzelca, który był stosunkowo blisko, a w dodatku wydawał się być wyjątkowo bezpiecznym miastem. Takie właśnie plotki dotarły do uszu Yasa jeszcze podczas pobytu w Hawiarach. Może i Egzarchowie z Exitium nie byli najbardziej rozmowni i ekstrawertyczni wobec obcych, jednak widząc "przynajmniej częściowo kolegę po fachu" nieco rozwiązali swe języki.
  Po jakichś sześciu minutach zorganizowanego, wyjątkowo ostrożnego marszu dotarli na miejsce. Tawerna nadal stała, ale była opustoszała. Wewnątrz pająki zdążyły już utkać kilka metrów pajęczyn. Przy okazji odnalazła się część dzikiej zwierzyny – na kilkanaście dzikich kotów postanowiło się udomowić, a za swój dom obrały opuszczoną gospodę, obsierając przy okazji wszystkie kąty. Gdy tylko usłyszały, że drzwi się otwierają, to część pognała po schodach na górę, a reszta wyskoczyła przez wybite okna.
  Ale smród — wyszeptał pod nosem Rolf, który kroczył kawałek za Yasem. Dystans ten był jednak na tyle krótki, że ów słowa były w stanie dotrzeć do uszu Jaksarczyka. A może to po prostu było tak cicho?
  Według kul ewidentnie coś tu jest. Nasze oczy nie dostrzegły jednak niczego. Same radary nie nadają się w tej chwili już do niczego więcej, niż to — przemówił von Schwarz. Chwycił w dłoń zaklętą kulę i przy użyciu energii zgniótł ją. Jej kawałki jakby zwiększyły swoją masę, a opadając zmieniły się w drobne kolce, które wbiły się w drewniane, lekko podmokłe podłoże. Powoli zaczęły przekształcać się w błękitną sferę, która rosła i rosła, aż objęła całą tawernę.
  To coś, co osłabia Pierwszych. Podobne do kamieni, które posiada Zakon Niebiańskiego Płomienia. Nasze jednak nie negują całkowicie energii i pozwalają nam nadal używać magii. Swoje możecie przekształcić tak samo, wystarczy przelać w nie nieco energii, a potem zacząć zgniatać. Ugną się pod palcami i pękną
  Po chwili porywisty wiatr trzasnął drzwiami. Wszyscy w tym momencie zwrócili swój wzrok w ich stronę, jedynie Yas kątem oka spostrzegł dwie blade sylwetki przemykające za wybitym oknem. Minęło kolejne parę sekund, a w gdzieś w oddali rozległ się głośny chichot. Nie jednej, nie dwóch, a przynajmniej trzech osób bądź innych istot. Nakładał się na siebie w tak przerażający sposób, że po karku Labuhna przebiegł dreszcz.
  Wszyscy na zewnątrz, ale już, kurwa! — wydarł się Ulrich. Cała gromada opuściła budynek, w sposób dość zorganizowany. Nie przepychając się, ani nie blokując innych. Nie dojrzeli jednak niczego więcej, niż zgliszcza Powładów i pulsującej, błękitnej sfery sięgającej jeszcze jakieś trzy, może cztery metry do przodu...
Ilość słów: 788

Awatar użytkownika
Yas
Drugi
Posty: 16
Miano: Jasław "Yas" Labuhn
Pochodzenie: Księstwo Jaksaru
Karta Postaci: viewtopic.php?f=14&t=228
Narrator: Vitav
Na sesji: Tak
Punkty Wytrzymałości: 20/20
Korony: 30

pn lip 16, 2018 6:19 pm  

  Ciemne, brzydkie i okryte zgliszczem oraz zniszczeniami miasteczko zamieniło się ze spokojniej, tętniącej życiem wioski w cmentarzysko, którego nawet wygłodniałe psy bały się odwiedzać. Ludzie poukrywani i zabarykadowani w swoich domostwach prawdopodobnie wyczekiwali na nadejście ratunku w postaci oddziałów magicznych wojowników. Niektórzy z tych biedaków pewnie poumierała już z głodu, lub z braku wody. Różne scenariusze zachować ludzkich przelatywało teraz Jasławowi przed oczami. W żadnym z nich nie chciałby nigdy się znaleźć.
  Zrujnowana z zewnątrz pod względem wyglądu tawerna rzucała się wszystkim w oczy, gdyż cechował ją kiedyś piękny gąszcz bluszczu oplatający ją na wskroś. W tych warunkach i w tym momencie można było przyrównać ją do domku z horroru. Powybijane okna, sczerniałe i połamane deski na ścianach, gnijące już rośliny, które przybrały kolor bagiennej zieleni. To co widzieli wszyscy uczestnicy wyprawy, nie napawało wielkim optymizmem, a już na pewno nikt nie chciał zabarykadować się w środku i urządzić tam bazy wypadowej.
  Gdy zawitali w zapuszczone progi karczmy, ich lica uraczyła gęsto zasiana sieć pajęczyn, odór zwierzęcych odchodów oraz masa dzikich i wygłodniałych kotów, które na sam widok istot ludzkich, uciekały przez okna, dziury w ścianach i co niektóry zawinął ogonem w stronę zaplecza. Dowódca przejął inicjatywę jak to miał w zwyczaju będąc na takim stanowisku. Bez zastanowienia stwierdził, że kule magiczne, które wcześniej ostrzegały ich przed obecnością Pierwszych, nie przydadzą się tutaj więcej. Powodem było to, że nieważne gdzie nie postawiłbyś nogi, te brzęczały i świeciły jak głupie owady, które nawołują resztę stada.
  Radar, który jeszcze kilka chwil temu miał postać owalną, nagle pod napływem mocy i ścisku palców von Schwarza, zamienił się w sporą ilość malutkich kolców, które po upuszczeniu na podłogę, zaczęły zmieniać swój stan skupienia i niebieska siła okryła całą tawernę. Na wyjaśnienia dowódcy, Yas przypomniał sobie, że w jednej z ksiąg, którą studiował była wzmianka o kamieniach, które potrafiły negować całkowicie magiczną aurę. Były bardzo niebezpieczne w rękach tych, którzy nie sprzyjali Drugim i Egzarchom.
  Nagły zryw wiatru zatrzasnął drzwi za ostatnią osobą, która wchodziła do pomieszczenia, a wzrok wszystkich skierowany był właśnie w tamtą stronę. Tylko Labuhn kątem oka dostrzegł sylwetki tańczące i przecinające powietrze przemykały pod wybitymi już oknami. Widok ten był tak nieprzyjemny, że młody magus zamarł na chwilę. Skóra blada niczym świeży śnieg, liczba przekraczająca pojedynczą jednostkę... Aż ślina, którą przełykał w tym momencie miała problem, żeby spokojnie przejść przez krtań. Zbliżały się, Jasław miał na końcu głowy tą myśl, że nadchodzi siła, której nikt nie powstrzyma. Szybki dreszcz, który przeszedł mu po plecach odblokował sparaliżowane ciało, a głos Ulricha von Schwarza zabrzmiał niczym grom z jasnego nieba. Na jego rozkaz wszyscy wraz z drużyną Yasa wybiegli na zewnątrz.
  Ustawiając się w bojowych formacjach Egzarchowie, tworzyli niewielkie grupki. Drugi szybkim rzutem zerknął na Delewina i zastanawiał się, czy w jego ciele panowały teraz takie same wstrząsy jak u niego. Trzymając mocno swoją kulę w ręce, wyczekiwał na atak jednej z tych szkaradnych poczwar, po czym miał zamiar zachować swój radar na ewentualne odłączenie się całej grupy, aby zatrzymać przewagę na innym terenie. Ustawił się pomiędzy członków swojej drużyny i wyczekiwał dalszych rozkazów.
  Co teraz robimy dowódco? – skierował swe słowa bezpośrednio do von Schwarza, który chciał nie chciał stał dość blisko Jasława. Zapytanie nie było owiane paniką, ani zwątpieniem w ich sytuację. Wciąż miał nadzieję, że ich przywódca wyskoczy zaraz z jakimś doskonałym planem uderzeniowym, biorąc pod uwagę to, że przeciwnika wciąż nie było widać.
Ilość słów: 704

Awatar użytkownika
Vitav
Administrator
Posty: 172
Miano: Vitav Sechmann
Pochodzenie: Królestwo Waldgrossen
Karta Postaci: viewtopic.php?f=14&t=149
Narrator: Eirlys
Na sesji: Tak
Punkty Wytrzymałości: 15/15
Korony: 47
Szylingi: 0
Pensy: 0

wt lip 17, 2018 12:19 pm  

Narrator

  Silny wiatr pochylał okoliczne drzewa niemal do samej ziemi. Rozpędzone krople deszczu z impetem raz po raz uderzały w maskę spoczywającą na twarzy Yasa. Donośne wycie wichru mieszało się z przerażającym chichotem niewiadomego pochodzenia, tym samym pobudzając wyobraźnię zebranych tu ludzi i sprawiając, że w niektórych z nich zrodzić zdążyła się już niepewność. Zdrowy rozsądek mówił, że przecież mają przewagę liczebną, a w dodatku od początku byli szkoleni do walki z tak groźnym przeciwnikiem. Z drugiej strony zaś człowiek najbardziej bał się tego, czego nie miał przed oczyma. A przecież czyhające na ich życie bestie ciągle kryły się gdzieś w mroku i uciekały przed wzrokiem Egzarchów oraz Drugich. Stale jednak przypominając o swej obecności, poprzez śmiechy i wyraźnie wyczuwalną aurę. Na swój sposób niezłomny pozostawał przede wszystkim Ulrich von Schwarz, dowódca całej kompanii, osoba, co to doprowadziła tu ten orszak w jednym kawałku – co bacząc na okoliczności zdawało się być wyzwaniem. Jednak jakby nie patrzeć, mimo wszystko drużyna po drodze nie napotkała żadnych trudności. Kto wie, być może każda ominięta – bądź pominięta przeszkoda – łączyła się z pozostałymi, a one wszystkie skumulowane miały dać o sobie znać pod sam koniec wędrówki? Przeróżne myśli mogły się teraz kotłować w umysłach członków oddziału, jednak nie było czasu, ani przyzwolenia, na całkowite pogrążenie się w nich. Sytuacja zdecydowanie temu nie sprzyjała.
  Rozproszyć się bardziej, nie stać, kurwa, w kupie! — siarczyście przeklął, wydając tym samym prosty, aczkolwiek sensowny rozkaz. — I w miejscu nie stać, ruszać się stale! Łatwym celem chcecie, do cholery, być? — raz jeszcze zakrzyknął. Dało to szybki efekt w postaci Egzarchów rozbiegających się wokół tawerny, poruszających się z co najmniej metrowymi odstępami od siebie. Chwilę potem oczy magusa skierowały się ku obliczu Jasława oraz Dalewina. — Zbierzcie swoich i ostrożnie zbadajcie teren. Labuhn na południe, ty na północ. Jak tylko coś się do was zbliży, aktywujcie zaklęcie ochronne zapisane w kulach. Raz, że może wtedy przeżyjecie, a dwa, że zobaczymy gdzie się znajdujecie i ruszymy z pomocą. Nie możemy wszyscy być w jednym miejscu, bo wyrżnął nas jak kaczki. Scheiße, że też więcej ich się trafić musiało. Blade skurwysyny — wydał bardziej personalne instrukcje i przysiąc można było, że wymawiając ostatnie słowa zaraz splunie na ziemię. Maska jednak skutecznie mu w tym przeszkadzała.
  Sam Dalewin zdawał się być mniej poruszony sytuacją, niż cała reszta. Może to przez to, że podczas samej podróży stale oddawał się medytacji i przemyśleniom, zapewniał siebie samego o swych możliwościach oraz starał się zamienić w oazę skupienia i spokoju. Mimo to jego ręce cały czas drżały, a z gardzieli wydobywał się nerwowy kaszel.
  Tak jest — szybko odparł i nie oglądając się nawet na Yasa, poszedł zebrać swoich ludzi. Uformowanie piątki Egzarchów w mały oddział po raz kolejny zajęło mu krótką chwilę. Czym prędzej, nieco rozproszeni – bo w półtorametrowych odstępach – wyruszyli na północne tereny osady. Wszyscy z wyciągniętymi broniami, gotowi aktywować swoje zaklęcia i przystąpić do walki na śmierć i życie.
  Tym samym zająć się pozostawało jedynie Labuhnowi, który również bez większych problemów był w stanie namierzyć wzrokiem poszczególnych członków swojej pięcioosobowej drużyny.
Ilość słów: 625

  •   Informacje
  • Kto jest online

    Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości