Aktualizacja 1.6 – "Piaski Sułtanatu" właśnie została opublikowana, a w jej skład wchodzi między innymi całkowity rework Zjednoczonego Sułtanatu Nerdii, opis klimatów, rozbudowana charakterystyka Initium oraz bliższe spojrzenie na sprawę wybuchu zarazy na Nagate. O wszystkim przeczytać możecie tutaj!

Porachunki stare i nowe

Gdy tylko twoja Karta Postaci zostanie zaakceptowana – trafisz tutaj. Ten dział to miejsce, w którym toczą się wszystkie aktualne rozgrywki.
Awatar użytkownika
Everold
Posty: 168

czw lis 15, 2018 2:51 pm  

Porachunki stare i nowe

Anarion
Everold, przełom 1527/28


  Wybrzeże w okolicach Śnieżnej Przystani nigdy nie należało do najłagodniejszych. W najgorętszych miesiącach temperatura sięgała może dziesięciu stopni, zaś śnieg padał tam praktycznie cały rok. Jesień tutaj była jak zima w centralnym Waldgrossen – sypało śniegiem po oczach, trzeba było zakładać grube, ocieplane płaszcze, a cienka warstwa puchu zalegała na drogach i dachach domostw. W tym roku nie było inaczej. Jaćwież wpisywała się idealnie w krajobraz, ze swymi dachami krytymi strzechą uginającą się od śniegu, małymi zaspami pod oknami i wydeptanymi ścieżkami między domostwami. Mieszkańcy uwijali się ze swymi codziennymi sprawami, ganiając od jednej strony wioski do drugiej, dzieci bawiły się, rzucając śnieżkami jedno w drugie bądź lepiąc bałwany, a zwierzęta... jak to zwierzęta, jedne szczekały na przejezdnych, drugie beczały, siedząc w zagrodach bądź samych domostwach. Nic szczególnego w niej nie było, prócz wiecznego śniegu, który znacznie utrudniał gospodarowanie dobrami naturalnymi. O rolnictwie można było tutaj pomarzyć, toteż mieszkańcy uzależnieni byli od dostaw ze Śnieżnej Przystani. Rybołówstwo trzymało się jeszcze jako tako, więc prócz ryb prężnie rozwijane było tutaj łowiectwo oraz hodowla głównie owiec i krów.

***


  Ritter na swym wiernym Rossie późnym popołudniem dojechał do Jaćwieży po kilku dniach spokojnej podróży prosto ze Śnieżnej Przystani. Tylko błędny rycerz wiedział, czemuż to nie postanowił zawitać dłużej w jaksarskim porcie, do którego przybijała zdecydowana większość cesarskich statków. Fakt był jednak taki, że znalazł się tutaj, w niewielkiej mieścinie i właśnie wkraczał pomiędzy pierwsze zabudowania. Po lewej, w oddali majaczyło morze, o tej porze roku ledwo widoczne, tak zlane z widnokręgiem oraz wszechobecnym śniegiem. Po prawej, jeszcze dalej w niebo strzelało pasmo górskie, skryte w większości białymi chmurami. Pod kopytami Rossa skrzypiał śnieg mający coraz mniej wspólnego z białym puchem poza wytyczonym szlakiem, a coraz więcej z gnojem widywanym w świńskich zagrodach. Im więcej brudnych par butów i końskich kopyt przecierało drogę, tym gorzej on wyglądał. Przynajmniej dobrze, że nigdzie nie było widać żółtego śniegu. Jeszcze.
  Sylwetka błędnego rycerza i łowcy wywołała poruszenie wśród dzieciarni harcującej na obrzeżach miasteczka. Przycichły, widząc skrzydlaty hełm i wystające spod płaszcza smocze naramienniki, zbijając się w grupkę i szepcząc coś między sobą, czujnie obserwując przejeżdżającego mężczyznę. Kiedy ten tylko przejechał obok nich i znalazł się kilkanaście metrów przed nimi, poczuł, jak coś trafia go w plecy, równocześnie ze śmiechem i krzykami. Odwróciwszy się, widział, jak młodzież umyka, popychając się nawzajem, wpadając w śnieg i próbując czmychnąć, zanim spadnie na nich gniew tajemniczego jegomościa.
  Jadąc stępem między niskimi zabudowaniami, obserwując z góry ludzi, widział, jak część patrzy się na niego z lękiem, część z zainteresowaniem, a część zwyczajnie ma go gdzieś. Idealnym przypadkiem był tutaj pasterz pędzący przez środek ulicy stadko jedenastu owiec, klnąc na nie, gdy tylko jakaś się oddaliła w boczną uliczkę, a trafiając na kobyłę Anariona – klnąc także na niego, że nawet usunąć się poważnemu obywatelowi nie potrafi, wielkomieszczaniec, psia jego mać. W końcu becząc wniebogłosy, owce ominęły konia wraz z jeźdźcem, popędzane rozjuszonym Jaksarczykiem. Gdzieś ktoś zaczął kląć na swoją żonę – dochodziło to z budynku obok, a chodziło o przesoloną zupę. Cóż, w Jaksarze to nie było takie rzadko spotykane.
  Jako, że miło było spędzić noc nie pod gołym niebem, czując przeszywający do szpiku kości chłód, a pod dachem, w ciepłym pokoiku, na pełnym wesz sienniku, von Quintus pragnął zapewne zajrzeć do karczmy, gdzie mógłby również dowiedzieć się co nieco o swoim ojczystym kraju. I rzeczywiście, praktycznie w centrum wioski znajdował się dwupiętrowy budynek łączący elementy drewniane i kamienne. Za nim stała niewielka stajnia, w której urzędował kilkunastoletni, znudzony chłopak. Jeśli Aurelius zdecydował się zostawić tam Rossa, mógł zajrzeć do samej oberży, która wedle szyldu nad drzwiami wejściowymi nazywała się "Rybia Dupa".
  W środku było zdecydowanie ciepło, a pierwsze, co uderzyło w nozdrza Anariona, to był smród ludzkiego potu i taniego piwska. Byłoby to całkowicie normalne, gdyby nie przebijający się przez woń zapach świeżej ryby. Zapach charakterystyczny i intensywny. Na pierwszy rzut oka bywalców było niewiele, ot, paru rybaków kłócących się nad wyższością dorsza bądź sandacza. Jakiś inny właśnie chyba dobijał interes z karczmarzem, sprzedając mu kosz świeżych ryb. Sam karczmarz wyjątkowo głośno targował się, twierdząc zajadle, że nie da pięciu koron za tak marny połów. Zobaczywszy Rittera, wszyscy umilkli na chwilę, gapiąc się na niego jak sroka w gnat. Oczekiwali, co zrobi.
Ilość słów: 935

Awatar użytkownika
Anarion
Egzarcha
Posty: 5
Lokalizacja: Jaksar
Miano: Anarion Aurelius von Quintus
Pochodzenie: Królestwo Waldgrossen
Karta Postaci: viewtopic.php?f=14&t=245
Narrator: Ren
Na sesji: Tak
Punkty Wytrzymałości: 18/18
Korony: 9
Szylingi: 9
Pensy: 85

czw lis 15, 2018 11:10 pm  

  Słońce zachodziło leniwie nad widnokręgiem, gdzie miało zatonąć w ledwo widocznych, morskich odmętach. Anarion właśnie wjeżdżał konno do osady, w której to planował zrobić postój korzystając z możliwości nocowania pod dachem. Kwaterunek w oberży był dlań niemalże rarytasem porównując to do bytowania na jaksarskich rubieżach, koczowania w prowizorycznym szałasie, czy schronieniu w górskiej grocie. Dostrzeżona wieś, choćby miała być zapadłą dziurą, gdzie diabeł mówił dobranoc, jawiła się Quintusowi jako wysoce satysfakcjonująca opcja.
  Jaćwież przywitała Waldgrosseńczyka swojskimi zapachami uderzającymi go w nozdrza pomimo skrycia głowy w wymyślnym hełmie. Co ciekawe rycerz nie raz myślał o pozbyciu się noszonego armetu, gdyż skrzydlate tarczki i fikuśny miejscami kształt był niezwykle charakterystyczny, przez co rzucał się w oczy. Z początku powstrzymywały go przed tym względy rodzinne. Cały pancerz przekazywany był bowiem od kilku pokoleń męskim potomkom rodu Aureliusów i choć Anarion nie darzył swego ojca szacunkiem, ani miłością, tak nie potrafił splunąć na wiekowe dziedzictwo będące pamiątką i świadectwem przodków. Później zauważył, że pewna doza rozpoznawalności jego osoby pośród mieszkańców Jaksaru potrafiła być przydatna, a niekiedy nawet zapobiegała różnym nieprzyjemnościom. Dopóki zaś nikt nie nastawał na jego osobę wyciągając brudy z dawnej ojczyzny, dopóty szermierz nie miał z tym problemów. Zaniechał więc wymiany hełmu na powszedniejszy zostając przy rodowej pamiątce.

  Wracając do rozgrywających się wydarzeń Ritter pociągnął z wyczuciem za trzymane wodzy napinając tym samym uzdę przewiązaną wokół pyska zwierzęcia. Ross po otrzymanym od jeźdźca sygnale przestał kłusować, a jego chód przeszedł w niespieszny, majestatyczny stęp. Muskularna sylwetka i co rusz napinające się mięśnie na nogach konia sprawiały, że rumak prezentował się majestatycznie. Nawet ostatni laik mógł domyślić się, że ma przed sobą rycerskiego wałacha z krwi i kości, a nie wygłodzoną szkapę. Anarion mógł oszczędzać na spożywanym jedzeniu, czy lokalach i noclegach, ale nie można było zarzucić mu niedbalstwa względem posiadanego zwierzęcia. Krótka sierść parzystokopytnego była zadbana, wyszczotkowana i czysta. Podkowy robione przez dobrego kowala, a grzywa nie poplątana i schludna. Dlatego też Quintus ofiarował stajennemu kilkanaście pensów, by ten należycie zajął się Rossem. Poinstruował on chłopaka dając mu kilka wytycznych, co do opieki i oporządzenia konia, po czym udał się do przybytku o wdzięcznej nazwie "Rybia Dupa". Rybie dania nie należały do ulubionego menu Rittera, ale biorąc pod uwagę pogodę i porę roku nie zamierzał on wybrzydzać co do serwowanych w środku potraw. Sam budynek górował nad resztą posiadając nie tylko dwa piętra, ale i kamienno-drewnianą konstrukcję. Nie mogło się to oczywiście równać ceglanym budowlom z Kinkengardu, ale i tak robiło wrażenie patrząc na standardy jaksarskich wsi. Przybysz otrzepał narzucony na zbroję płaszcz z resztek śniegu po dziecięcym psikusie i wszedł do karczmy godnej swego miana. Zjełczałe, kwaśne piwo, piżmo i pot. Wonie te uginały się zaś pod innym, intensywniejszym i górującym nad resztą zapachem – wonią świeżych ryb.
  – Pochwalony. – burknął spod przyłbicy przytłumionym głosem wpuszczając na moment czystsze powietrze z zewnątrz do izby. Rycerz omiótł wzrokiem zarówno zebranych w środku jegomościów, jak i ogólne ułożenie wszelkich przedmiotów takich jak ławy, stoły i krzesła. Gdy jego wzrok w pełni przyzwyczaił się do ograniczonego względem dworu światła ruszył przed siebie krokiem dziarskim, acz ostrożnym nad wyraz. Jak to miewał w zwyczaju.
  Zatrzymał się przed ladą dodając:
  – Znajdzie się u was jedno miejsce na noc?
  Jego ręka powędrowała ku mieszkowi z monetami będąc przygotowany na reakcję karczmarza żądającego naocznego doświadczenia wypłacalności przyszłego klienta.
  – Jeśli tak prosiłbym także kufel piwa i ciepłą strawę – rzucił jeszcze zerkając dyskretnie ze szczelin hełmu. A nuż wypatrzy kogoś, kto okaże się źródłem aktualnych wieści. Ritter nie miał zamiaru bezceremonialnie wypytywać, ani tym bardziej nachalnie się komuś narzucać. To nie było w jego stylu. Początkowo chciał ulokować się gdzieś w kącie, gdzie mógłby w spokoju spożyć wieczerzę i popiwszy trunku wsłuchiwać się w to, co zaoferuje karczemny gwar. Chłonąć zasłyszane rozmowy, plotki i pogwarki. Doświadczenie nauczyło go, że w miejscach takich jak to, zawsze znajdywały się persony chcące podzielić się z innymi nowinami. Wystarczyła czasami szczypta cierpliwości. Ritter miał jej aż nadto.
Ilość słów: 834

Awatar użytkownika
Ren
Narrator
Posty: 183
Miano: Adelruna Wasserberg
Pochodzenie: Królestwo Waldgrossen
Karta Postaci: viewtopic.php?f=14&t=112
Narrator: Vitav
Na sesji: Tak
Punkty Wytrzymałości: 30/30

pt lis 16, 2018 6:59 pm  

Narrator

  Stojąc w wejściu, Anarion po swojej lewej miał szynkwas, a za nim drzwi do kuchni. Kawałek dalej ścianka oddzielała stanowiska karczmarza od schodów wiodących na górę, zaś pozostałą część sali zajmowały szerokie ławy mieszczące po cztery osoby z każdej strony. Po prawicy rycerza, w prawym rogu był pusty podest służący zapewne na miejsce do przedstawień, zaś w lewym znajdował się duży, obudowany piec, w którym ogień trzaskał wesoło, ogrzewając całą salę.
  Pięciu rybaków siedziało mniej więcej na środku, kłócąc się zajadle o ryby. Na chwilę zamilkli, gapiąc się na dziwnego przybysza, jednak gdy ten tylko skierował się prosto w stronę oberżysty, powrócili do wyzywania się od debili i prób przekonania ich, że to taka, a nie inna ryba jest lepsza. Wszyscy wyglądali praktycznie tak samo, różnili się jedynie wiekiem i poziomem zniszczenia twarzy przez klimat i morze. Chlali chyba gorzałę, rozwaleni przy drewnianym stole, przekrzykując się jeden przez drugiego. Poza nimi w pomieszczeniu był oberżysta i kolejny rybak, który własnie próbował po zawyżonej cenie wcisnąć właścicielowi przybytku ryby, które nawet dla niewprawnego oka wyglądały co najmniej biednie. Karczmarz natomiast, rosły chłop, jak przystało na stereotypowego przedstawiciela tej profesji, miał minę, jakby zaraz jego łapa miała pójść w ruch i wylądować prosto na twarzy handlującego. Widząc Rittera, obrócił twarz obrośniętą bujnym zarostem w kolorze ciemnego blondu, niebieskimi oczami oceniając jego personę. Gdy tylko rycerz podszedł do nich, oberżysta warknął na drobniejszego od siebie mężczyznę: — Dam ci za nie dwadzieścia szylingów albo wypierdalaj w podskokach — rybak westchnął, po czym zgodził się na propozycję. Gdy tylko wymieniono się dobrami, karczmarz zmienił wyraz twarzy na radosny, przyjazny.
  — Ano ano, znajdzie się, akurat jedno zostało, tak to wszystkie zajęte, od tygodnia ponad — mina oberżysty jasno sugerowała, jak bardzo jest zadowolony z takiego obrotu spraw. Co prawda nie mógł mieć wiele pokoi na wynajem, ale jeśli wszystkie naraz były wynajmowane, na pewno służyło to jego sakiewce. — A piwo to jakie? Jasne czy ciemne? Zamówił żem ostatnio ze Śnieżnej Przystani trzy beczki ciemnego, co by dla odmiany było i jedna już tylko została, takie dobre. A strawę to ja mogę rybę dać, u nas lepsze niż w Przystani nawet. Albo baraninę, baranów u nas jest od chuja i jeszcze więcej. Ewentualnie dziczyznę, świeża, dzisiaj rano kupiona od Eryka, naszego myśliwego — zachwalając zapewne droższe jadło, karczmarzowi wręcz świeciły się oczy. Próbował także dyskretnie zerknąć, co to za twarz kryje się pod ritterowym hełmem, aczkolwiek średnio mu to wychodziło. Tak czy siak Anarion dostał klucz do swojego pokoju, piwo bez względu na to, czy jasne, czy ciemne, również, zaś na posiłek musiał nieco poczekać. Rybacy jak na razie nadal się kłócili o dorsze i sandacze, a kiedy dosiadł się do nich szósty, ten od sprzedawania owych ryb, głośno wyraził swoje zdanie na temat tego, że zarówno dorsze, jak i sandacze to jest gówno jakich mało, zaś halibuty są królami morza. Karczmarz tylko westchnął, kręcąc głową i gapiąc się na nich.
  Drzwi wejściowe znów się otworzyły, a do środka wszedł, przy okazji strzepując o framugę śnieg z butów, mężczyzna. Młody, więcej niż dwadzieścia pięć lat nie miał. Ściągnął kaptur, pod którym skrywała się łyso zgolona głowa. Widać było, że nie jest stąd, a wszystko przez wyraźnie ciemniejszą karnację w odcieniu... karmelu. Chłopak na pewno miał domieszkę nerdyjskiej krwi, co widać było także po jego minie wyrażającej skrajne niezadowolenie temperaturą panującą na zewnątrz. Z ciekawością zerknął na Rittera, idąc prosto do lady.
  — Grzaniec — rzucił, wyraźnie kalecząc jaksarski tym jednym słowem. A jednak zamiast nerdyjskiego akcentu, prędzej można byłoby go posądzić o waldgrosseński. Stanął przy ladzie, czekając i drepcząc w miejscu. Oberżysta krzyknął coś przez drzwi do kuchni i wrócił na swoje miejsce, zaraz dopytując młodzieńca.
  — I jak tam odczynianie? Dobrze idzie? Jak długo wam to jeszcze zajmie? Wiecie, ludzie się już niecierpliwią, boście przyjechali tydzień temu, a efektów ni ma.
— Przepraszam. Nie rozumiem
— chłopak zrobił zakłopotaną minę. Widać było, że chciałby zrozumieć, ale jaksarski nie był jego mocną stroną. Karczmarz tylko westchnął, kręcąc głową i wrócił do swoich czynności.
Ilość słów: 808

  •   Informacje
  • Kto jest online

    Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości