"Pierwsze dwa tygodnie wojny były ciche. Żadnych walk, żadnych przemarszów wojsk. Każdy siedział na swoim miejscu i liczył siły, sprawdzał stan wojsk, uzbrajał się w cierpliwość i miecze. [...]"
Przeczytaj o dalszych losach wojny domowej w Waldgrossen.

Vrlika

Gdy tylko twoja Karta Postaci zostanie zaakceptowana – trafisz tutaj. Ten dział to miejsce, w którym toczą się wszystkie aktualne rozgrywki.
Awatar użytkownika
Eirlys
Administrator
Posty: 106

śr sie 15, 2018 11:14 am  

Ostatni post na poprzedniej stronie:

Narrator

  Sechmann odzyskał przytomność, czując wielką niemoc. Początkowo bardziej ją przeczuwał niż świadomie czuł, wiążąc ją ze swym stanem fizycznym, w końcu jednak zrozumiał, że oto on zajął miejsce Juny i został wpędzony w trans. Ta chwila strasznego odkrycia przypadła na moment, gdy mężczyzna rozejrzał się po zalanym krwią korytarzu i dostrzegł wszystkich domowników żywych i – nie licząc skaleczenia na ręce młódki – całych. Przez to, że Krtań poczuł się jak bezwolna marionetka, całkowicie zignorował komiczny wydźwięk groteskowego widoku, jaki miał przed sobą. Młodzi tulili się do siebie, jakby oto nastąpił koniec świata a oni byli przerażonymi dziećmi wymagającymi pocieszenia od matki. Jedyna osoba, która była tu czyjąkolwiek matką, czyli schorowana Krista, tkwiła natomiast w dość niegodnej dla damy pozycji, klęcząc nad wilczymi zwłokami. Niczym nieustraszony w boju woj lub też pospolity rzeźnik wyszarpywała swą broń, męcząc się przy wydobywaniu znajomego już skądinąd mężczyźnie topora, który ugrzązł w wilczej czaszce. Nie tylko jednak Vitavowi umknęła jednak dziwność tej sytuacji, bo pozostali tkwili w swych pozycjach jak zaczarowani, nawet gdy zielonooka zrozumiała, co się właśnie dzieje. Nikt nie zrobił nic, toteż Egzarcha, nie niepokojony przez nikogo, mógł powolnym krokiem udać się w towarzystwie rozradowanych zwierząt na spotkanie nieznajomego.
  Mężczyzna szedł nienaturalnie powoli, wyglądając na jeszcze bardziej skupionego i poważnego niż zwykle. Dookoła baraszkowało stado, a właściwie dwie watahy wilków. Krtań szybko zauważył, że zwierzęta nie są tak jednorodne, jak to się zdawało podczas walki. Jedną grupę stanowiły nienaturalnie przerośnięte basiory, ogromne stukilowe bestie jak ta, która nie tak dawno zacisnęła silne szczęki na przedramieniu mężczyzny. Drugą grupę tworzyły zaś zwierzęta również spore, ale bardziej naturalnych rozmiarów, w dodatku niektóre z nich były wychodzone, jak to wilki żyjące w lesie, w którym przez wieczny śnieg nigdy nie może roić się od pożywienia. Niektóre z tych drapieżników wyglądały wręcz jak mieszańce z psami a to przez nieco zaokrąglone uszy i pyski i typowe dla kundli umaszczenie futra. Pomimo jednak tak wyraźnych różnić, wszystkie zwierzęta doskonale się ze sobą dogadywały, powarkując przyjaźnie i bawiąc się niczym szczeniaki w zaspach. Niekiedy nawet jakiś wilk podchodził do Sechmanna i ocierał się niczym łaszący się kot, okazując swą sympatię. Gdy zaś mężczyzna wraz z ową hordą wyszli z wioski i przedzierali się między drzewami, Krtań mógł dostrzec kolejną cechę łączącą obie grupy zwierząt. Cechę, której domyślił się już w domu Kristy. Wszystkie wilki zostały objęte rytuałem, jednak nie przez Drugiego. Sechmann aż do tej pory nigdy nie spotkał Pierwszego, ale dzięki pobycie we Vrlice nauczył się wyczuwać czy raczej domyślać, że ta specyficzna aura należała właśnie do Priori. Teraz też miał potwierdzenie tego, co już przeczuwał wcześniej – jedna z tych potężnych istot zawędrowała do Vrliki i snując zaklęcia niczym pajęczynę, wzięła wioskę w swoje posiadanie. Czemu jednak poprzestawała na wyrywaniu serc, zamiast wyssać aurę z ludzi tak, jak pająk wysysa muchę, tego Egzarcha nawet się nie domyślał.
  Sechmann powolnym krokiem zmierzał w kierunku, który już znał. W pewnym momencie, gdy od wyspy Holgera nie dzieliło go więcej niż sto kroków, wilki odłączyły się i rozbiegły po lesie, a sam mężczyzna, zamiast iść dalej prosto, odbił w prawo. Szedł samotnie z kamienną, nieprzeniknioną miną. Beznamiętne oblicze było maską, które skrywało ogrom uczuć, jakie teraz zawładnęły mężczyzną. Czuł gorycz porażki. Na nic zdało się śledztwo i ta ciężka walka. Oto stał się ot tak więźniem mordercy, niezdolnym do zerwania tych niewidzialnych kajdan. To jednak nie sprawiło, że Waldgrosseńczyk całkiem się poddał. Chociaż nie miał wielkich nadziei na wygraną, sądził, że oto jest wzywany na jakiś rodzaj audiencji u mordercy, toteż chciał się przygotować. Na razie chciał sprawdzić, czy jest w stanie manipulować energią pomimo tego, że był pod wpływem obezwładniającego i ubezwłasnowolniającego zaklęcia. Wiedział, że potrzebny jest jakiś silny impuls z zewnątrz, tak jak Junę z transu wyrwał ból zadany przez Timma. Egzarcha postanowił więc sprawdzić, czy może sięgnąć ku energii, która znajdowała się – w dużym uproszczeniu – wszędzie, będąc na wyciągnięcie ręki każdego maga. Krtań chciał się upewnić, nim przyjdzie mu stanąć oko w oko z mordercą, nie zamierzał jednak już teraz wyrywać się z transu, o nie. Po prostu skupił się w sobie i raz jeszcze zaczął, niczym tkaczka sprawdzająca, czy splot nici w tkaninie jest dostatecznie ciasny i silny, delikatnie badać energię.
  Vitav z zaskoczeniem odkrył, że magiczne źródło jest dla niego dostępne, chociaż nie bez ograniczeń. Nie odważył się sięgnąć po wiele, szybko jednak odkrył, że kierowanie nią jest niezmiernie trudne. Zupełnie jakby ktoś inny spiętrzył ją tuż na wyciągnięcie rąk Sechmanna, ale tylko na własny użytek, toteż niemożliwe było zmuszenie energii skumulowanej niezmiernie blisko mężczyzny, aby to on mógł skierować ją gdzieś indziej. To doświadczenie jednak uświadomiło mu, że morderca jest blisko, na długo niż go zobaczył.
  Egzarcha znalazł się na polanie, która wyglądała na jedno z miejsc pracy Holgera – wszystkie stare, spróchniałe drzewa zostały ścięte, pozostawiając po sobie jedynie pniaki o szerokich przekrojach w otoczeniu młodych drzew. Na jednym z nich, niezbyt rozłożystym dębie, wisiała jedna z ofiar. Rudowłosa dziewczyna walczyła o życie, próbując poluzować pętle zaciśniętą na szyi. Każdy jej ruch sprawiał, że lina jeszcze mocniej wżynała się w ciało. Mimo to jednak piękność – teraz wyglądająca dość żałośnie w przemoczonej koszuli nocnej, w której pewnie została wyciągnięta z łóżka przez trans – walczyła o swoje życie. Aż do momentu, gdy spomiędzy drzew nie wyszedł odziany w zakrwawiony płaszcz morderca. Wiatr targał połami materiału, toteż zabójca w lewą rękę ujął swe odzienie, ukazując rąbek jaskrawoczerwonej sukni pod spodem, a prawą ręką sięgnął ku sercu ofiary. Sechmann, wciąż w transie, mógł tylko patrzeć na to, jak ostrza zamocowane w zaklętej rękawicy zatapiają się w ciele młódki, przebijając się przez skórę i żebra do serca tak, jakby były one wykonane z masła. Towarzyszył temu jednak trzask łamanych kości, który w panującej ciszy był tak donośny, jakby to właśnie Vitavowi wyrywano serce, a nie nieznanej mu Vrlikance. Ezgarchini cofnęła się o krok i przyglądała się przez chwilę swemu dziełu – rudowłosa była teraz martwa, a ze świeżej rany obficie broczyła krew, sprawiając, że cienka koszula, półprzezroczysta przez to, że została przemoczona doszczętnie w trakcie wędrówki przez śnieg, przybrała czerwony kolor. Morderczyni przełożyła wciąż bijące i ciepłe serce do lewej dłoni i sięgnęła do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Wciąż miała na sobie rękawicę, toteż nie było jej łatwo ująć poszukiwany przez nią przedmiot. Zabójcze ostrza były doskonałe do wyrywania serc wprost z klatek piersiowych ofiar, nie były jednak przystosowane do chwytania jakichś drobnych rzeczy.
  Wiatr wzmógł się jeszcze, gdy Ezgarchini wyrwała z siebie mimowolne przekleństwo, gdy wciąż nie mogła znaleźć czy też wziąć to, czego potrzebowała. Gdy w uszach Sechmanna zabrzmiała jakże swojska a jednocześnie prostacka „kurwa”, poczuł, jak koncentracja energii, jaką dokonała być może sama morderczyni, zostaje zaburzona. Wraz z każdą gęstniejącą na zimnie kroplą krwi, która skapywała z ziejącej rany w piersi rudowłosej, energia znów płynęła swobodnie, jak rzeka, gdy ktoś zburzy tamę zatrzymującą wodę w jednym miejscu.
Ilość słów: 1420

Awatar użytkownika
Vitav
Administrator
Posty: 223
Miano: Vitav Sechmann
Pochodzenie: Królestwo Waldgrossen
Karta Postaci: viewtopic.php?f=14&t=149
Narrator: Eirlys
Na sesji: Tak
Punkty Wytrzymałości: 17/17
Korony: 47
Szylingi: 0
Pensy: 0

śr sie 15, 2018 3:14 pm  

  Niemal samotny przemarsz, pierw pomiędzy domostwami Vrlikanów, a później pośród posępnych, martwych drzew, dawał Sechmannowi dużo do myślenia. I nawet nie chodziło o to, że tego chciał – mężczyźnie po prostu nie pozostawało nic innego, niźli prawie całkowite odpłynięcie i pogrążenie się w rozmyślaniach. Przynajmniej tyle mógł. Magiczna siła na szczęście nie byłą w stanie odebrać mu rozumu. Ktokolwiek go teraz kontrolował, robił to za pomocą czegoś, co określić można było sznurkami. Takimi jak u marionetek.
  Te mniejsze wilki zachowywały się dziwnie. Dziwnie naturalnie, a zarazem nienaturalnie. Bacząc na bijącą od nich aurę, były ewidentnie poddane jakiemuś rytuałowi, który nie tylko miał uczynić je odporniejsze na obrażenia i niemal nieśmiertelne, ale także wyjątkowo posłuszne magowi, którym z pewnością był Pierwszy. Ten specyficzny rodzaj manipulacji energię i wiązanie jej w konkretne węzły całkowicie nie pasowało do tego, w jaki sposób z magią radzili sobie Drudzy, o Egzarchach – którzy byli przecież jedynie czymś na wzór zasilacza – nie wspominając. Czuł obrzydzenie i niepewność za każdym razem, kiedy zwierzęta przyjaźnie się do niego łasiły. Czy Pierwszy czerpał jakąś przyjemność z takiego mieszania ludziom w głowie? Przecież to bez sensu – zaczął się głowić. W końcu każdy doskonale wiedział gdzie idzie i po co. Czy to była część rytuału? Wątpliwe. To było po prostu na swój sposób okrutne.
  W pewnym momencie mężczyzna po prostu zaczął ignorować zwierzęta i skupił się na sobie. Na jakichkolwiek działaniach, które dawałyby choć cień nadziei, na ucieczkę, czy po prostu szansę na przetrwanie. Przynajmniej do wschodu słońca.
  Kiedy przechodził niedaleko wyspy Holgera, zdał sobie sprawę, że rzeczywiście jest w stanie w pewien sposób sięgnąć po energię. Miał ochotę wyrwać się z okowów, wykorzystać sytuację i wezwać pomocy – tego jednak nie był w stanie zrobić. Choć źródło było dla niego otwarte, to magia panująca nad jego ciałem skutecznie uniemożliwiała jakiekolwiek sensowne uformowanie. Musiał czekać na lepszą okazję. To swoją drogą dało mu pewien pomysł – skoro kontrola nad energią była w tej chwili tak ciężka, oznaczałoby to, że ten przeklęty mag, steruje ciałem Sechmanna kierując bezpośrednio przebiegającą przez niego błękitną siłą. Musiał zastąpić ją własną, bądź po prostu wypchnąć tamtą. Teraz było na to jednak za wcześnie.
  Wiedząc już na co może sobie pozwolić, a na co nie, mimowolnie kroczył dalej. Aż dotarł do polany stworzonej ludzkimi rękoma i siekierą. Wycięte drzewa, wystające z ziemi pnie, młode sadzonki. I rudowłose dziewczę wiszące na dębie, szamotające się w uścisku liny, która oplatała jej szyję. A skoro była tu ofiara, musiał być i morderca. W końcu pojawił się on – a raczej ona, jak się później okazało – i swą zaklętą rękawicą sięgnął po bijące w przerażeniu serce młodej kobiety. Głośne chrupnięcie, trzask kości i po chwili martwy wzrok miedzianowłosej. Smutny to był widok, ale teraz Krtań bardziej interesowało jego własne życie, niż nieznajomej mu dziewki.
  Aż nagle doznał pewnego impulsu. Czegoś, co Sechmannowi przypomniało, że Egzarchini nadal jest tylko człowiekiem. "Kurwa" wypowiedziane raczej nie specjalnie, a ze zwykłego poirytowania niemożnością precyzyjnego pochwycenia jakiegoś przedmiotu, dało Vitavowi nadzieję. Tym bardziej, że w tym samym momencie bariera, która utrudniała Egzarsze manipulację energią, jakby runęła. Kim ty, kurwa, jesteś? – zadał sobie pytanie, uświadamiając sobie, iż to najprawdopodobniej ta kobieta rzuciła tak potężne zaklęcie. Czas jego działania musiał jednak najwyraźniej powoli mijać. Pozostawało tylko przejść do działania, nim tajemnicza – najprawdopodobniej – Nerdyjka skupiłaby całą swoją uwagę na Sechmannie.
  Nieco swobodniej zaczął wypełniać swoje linie energią, gromadząc spore jej ilości w kilku miejscach. Początkowo chciał po prostu spróbować wypchnąć z siebie działające na niego zaklęcie, jednak jeśli to nie wychodziło, po prostu wezbrał w tych kilku liniach takie ilości błękitnego zjawiska, które wywołałyby niemały ból. Ból będący na swój sposób oczyszczający i pobudzający.
Ilość słów: 766

Awatar użytkownika
Eirlys
Administrator
Posty: 106

pt sie 17, 2018 12:43 pm  

Narrator

  Chociaż morderca uczynił z Vitava żywą – do czasu – marionetkę, nie zdołał odebrać mu możliwość myślenia nad tą, zdawałoby się, tragiczną sytuacją. Mężczyzna wykorzystał więc czas, jaki dawał mu powolny przemarsz wśród malowniczych zasp i ośnieżonych, powykręcanych przez porywisty wiatr drzew na najpierw analizę zachowania objętych rytuałów wilków, a później zastanowienie się nad tym, w jakimże celu zabójca zdecydował się na takie ich zaczarowanie. Egzarcha nie mógł przy tym nie zauważyć, że rytuał wskazuje dość jasno na najgorszego możliwego przeciwnika – Pierwszego. Krtań nie miał może zbyt wiele doświadczenia z rozpoznawaniem ich aur – ba, jego doświadczenie polegało w głównej mierze na tym, co zobaczył i poczuł tu, we Vrlice – ale doskonale wiedział, że rytuał ma znamiona zupełnie innego sposoby korzystania z energii niż w przypadku Drugich, o Egzarchach nie wspominając. Zastanawiając się nad tym, czemu basiory łaszą się niczym wierne, niegroźne psy domowe, Sechmann nie zdołał wpaść na nic poza dość logicznym wnioskiem, że jego przeciwnik zaklina zwierzęta w określony sposób li i jedynie po to, by w okrutny sposób zabawić się ze swoją zabawą, wzbudzając w niej zdezorientowanie i pozory bezpieczeństwa. Nawet jeśli w ogólnym rozrachunku nie zmieniało to faktu, że mężczyzna ma tu do czynienia z przedstawicielem Priori, świadczyło to o wyjątkowo paskudnym charakterze tej istoty. Zabawa jedzeniem była przejawem bestialstwa i sugerowała mgliście, że ostateczny pojedynek może być jeszcze gorszą przeprawą dla Vitava, niż gdyby trafił na Pierwszego o innym sposobie bycia. Sechmann jednak nie zamierzał wykorzystywać całego danego mu czasu na rozmyślanie o wilkach. Zwłaszcza że basiory już go opuściły i szedł na spotkanie swego przeznaczenia samotnie.
  Egzarcha postanowił sprawdzić, na ile jest skrępowany zaklęciem. Nie mógł mówić ani panować nad własnym ciałem, ale jego umysł nie został zniewolony. Wciąż mógł myśleć, a po chwili zorientował się też, że może poczuć źródło skumulowanej energii blisko siebie. Bardzo blisko, w dodatku obwarowane tak, że nie mógł ku niego sięgnąć. Sechmann nie był w ciemię bity, toteż niełatwo przyszło mu zrozumieć, że ma to związek z mordercą i jego kontrolą nad nim samym. Vitav nie mógł na razie za wiele zrobić, ale zdobył cenną dla niego wiedzę. Z tą właśnie myślą wkroczył na polanę, gdzie mógł na własne oczy zobaczyć modus operandi mordercy, a właściwie morderczyni. Mężczyzna w milczeniu i poczuciu bezsilności obserwował najpierw rozpaczliwe szamotanie się ofiary, a później niezmiernie szybkie i proste – jak na całą tę otoczkę składającą się z zaklinania wilków, wpędzania wybranych w trans i wieszania – uśmiercenie rudowłosej. Piękna dziewczyna była już martwa, mimo że jeszcze parę godzin temu beztrosko flirtowała z Timmem, nie przeczuwając nawet zbliżającego się niebezpieczeństwa. A teraz nikt nie mógł nawet zapłakać nad jej losem, gdyż Sechmann – pomijając to, że nie był na tyle podatny na wzruszenia, by aż tak dać się porwać emocjom – zajęty już był martwieniem się o własne życie.
  Mężczyzna nawet nie zdziwił się, gdy okazało się, że jego przeciwnik, o którym cały czas myślał jako o „nim”, okazał się kobietą. Co jednak wyrwało go z odrętwienia, to grubiańskie przekleństwo. „Kurwa” uznawana była w wielu kręgach za określenie zbyt obelżywe, aby mogła wypowiadać je niewiasta, ale świadczyła o czymś bardzo ważnym – morderczyni była tylko człowiekiem, podatnym na zniecierpliwienie i inne ludzie uczucia. A to oznaczało, że mogła popełniać błędy, a jej własna moc nie była na tyle potężna, by była w stanie przedłużać zaklęcie w nieskończoność. Vitav, gdyby oczywiście leżało to w jego naturze, mógłby właśnie zacząć cieszyć się w głębi swego wciąż bijącego serca niczym dziecko, bo miał oto doskonałą okazję do próby wybicia się z transu.
  Sechmann szybko przekonał się, że łatwiej pomyśleć, niż zrobić. Wcześniejsza walka z wilkami wycieńczyła go do cna. Gdyby nie lunatyczny, magiczny trans, nie mógłby utrzymać się na nogach. Ba, nawet nie zdołałby się czołgać. A mimo to postanowił, dzięki sile swej niezłomnej woli, przeciwstawić się słabnącemu zaklęciu. Zaczął gromadzić energię, początkowo czując przy tym dyskomfort. Wkrótce jednak dyskomfort przerodził się w ból, jakby ktoś wpuścił do jego żył rój maleńkich os, które żądliły go może i w sposób czysto metaforyczny, niemniej pozostawiając po sobie jak najbardziej realny ból. To jednak nie sprawiało, że Vitav zamierzał przestać. Wiedział już, dzięki wyrwaniu z transu Juny, że właśnie ból mu się przyda. Znosił więc męki w milczeniu… aż do momentu, gdy magiczne sznurki odpadły, przywracając mu władzę nad ciałem i możliwość odzywania się. Jednocześnie Sechmann od razu odczuł swe wyczerpanie. Wydobywając ze swojego gardła charkot, na jaki zwykle zdobywają się zarzynane zwierzęta, padł na śnieg, dysząc ciężko. Był zlany potem, oddychał ciężko i niespokojnie, a całe ciało było obolałe, ale przynajmniej był wolny.
  Morderczyni nie od razu odwróciła się do Egzarchy, gdy ten wyrwał się z okowów jej zaklęcia. Przez chwilę jeszcze męczyła się z owym przedmiotem, którego niemożność wyjęcia z wewnętrznej kieszeni wywołała w niej ową irytację, i wolno odwróciła się ku swej niedoszłej ofierze, jakby to teraz ją z kolei objął trans. Przez chwilę patrzyła na niezdolnego do obrony własnej mężczyznę, jakby chciała ponapawać się widokiem jego cierpienia i żwawym krokiem, wysoko podnosząc nogi, aby nie utknąć w zaspach, podeszła do niego. Wyciągnęła w jego kierunku odzianą w zaklętą rękawicę rękę w geście, który początkowo zdawał się być ofertą pomocy. Sechmann jednak dostrzegł, że kobieta pomiędzy ostrza chwyciła zwitek papieru, który dziwnie intensywnie pachniał krwią i… rumiankiem. Podawała mu teraz tę kartkę, która stanowiła kolejną wiadomość. Gdy Ezgarcha odebrał owo posłanie, niewiasta wyprostowała się i stała nad nim, czekając, aż je przeczyta bądź schowa do kieszeni. Przez cały czas jej twarz skryta była w cieniu kaptura, jednak gdy się schylała, niesforny kruczoczarny lok wysunął się i teraz powiewał na wietrze. Wtedy też mężczyzna poczuł intensywną, ale przyjemną woń egzotycznych przypraw i jakichś słodko pachnących kwiatów. Morderczyni może i z radością obserwowała cierpienie swych ofiar i bezlitośnie zabijała kolejne osoby, ale to nie znaczyło, że obce jej było typowe dla niewiast dbanie o własną urodę.
Ilość słów: 1204

Awatar użytkownika
Vitav
Administrator
Posty: 223
Miano: Vitav Sechmann
Pochodzenie: Królestwo Waldgrossen
Karta Postaci: viewtopic.php?f=14&t=149
Narrator: Eirlys
Na sesji: Tak
Punkty Wytrzymałości: 17/17
Korony: 47
Szylingi: 0
Pensy: 0

pt sie 17, 2018 1:26 pm  

  Wulgarne usposobienie morderczyni będącej zmorą całej Vrliki, dało Sechmannowi więcej motywacji, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Naturalne, po prostu ludzkie emocje, nadawały tej – tak czy inaczej potwornej – osobie człowieczeństwa. Z którego i tak była odzierana poprzez wszystkie swe inne występki godzące prosto w moralność oraz sumienie. Zbierając w sobie energię, nie myślał nawet o tym co będzie po tym, jak już odzyska sprawność manualną. Takie gdybania mogłyby jedynie podciąć Egzarsze skrzydła i zniechęcić do dalszych działań. Początkowy lekki ból przerodził się w intensywne doznanie, które przypominało wżynające się w ciało setki igieł przepełnionych jadem. Dziwność tego uczucia potęgował fakt, iż Krtań nawet nie mógł zacząć krzyczeć. Wiedział jednak jedno – nie żałował tego, że postanowił zostać Egzarchą, miast Drugim. Ból, który był domeną prawdziwych magów, zdecydowanie przeszkadzałby przy rzucaniu zaklęć.
  Metaforyczne linki oplatające do tej pory ciało Sechmanna, urwały się. Zaś marionetka, kompletnie bezsilna i wyczerpana upadła prosto w zimny, nieprzyjemny śnieg. Dźwięk głośnego oddechu połączonego z charkotem rozchodził się po najbliższej okolicy. Krtań starał się opanować zmęczenie, które przecież już jakiś czas temu owładnęło jego ciało. Zaparł się rękoma i z trudem uniósł nad śniegiem. Chciał przynajmniej przysiąść. Przetarł twarz zamoczoną rękawicą, po czym spojrzał raz jeszcze na kobietę, tym razem kroczącą już w jego stronę. Energicznie, omijając wszelkie zaspy.
  Gdyby ktoś mi powiedział, że ona jest mordercą, to bym nie uwierzył. Cholerne pozory — głośno westchnął, zakaszlał i uniósł głowę do góry. Nerdyjka stała już nad nim, wyciągając dłoń przed siebie. Początkowo nawet pomyślał, że kobieta chce pomóc mu wstać, ale po krótkiej chwili zreflektował się, iż chodzi o coś zupełnie innego – pośród ostrzy zaklętej rękawicy spoczywało jakieś zawiniątko, będące najprawdopodobniej listem. Z braku innych perspektyw Krtań niepewnie sięgnął po zapiski, przyglądając się przy tym zabójczej postaci. Problemem był jednak głęboki kaptur i sama noc, która skutecznie utrudniała dostrzeżenie czegokolwiek innego, poza niesfornym czarnym lokiem, co to sam spod niego wypadł. Kolejną wskazówką mógł być też zapach rumianku i krwi, którym przesiąknąć zdążyły zapiski. Od Egzarchini biło zaś zdecydowanie egzotycznymi przyprawami. Próżności u morderców zawsze można było się doszukać, ale tutaj jest ona na wyciągnięcie ręki. Co za chora sprawa — w pewien sposób zdziwiła go dbałość o samą siebie, którą przejawiała ta kobieta. Na tyle, że w tym przypadku śmiało był w stanie określić to mianem próżności.
  Sam list wolał przeczytać teraz. Nie był wcale pewny, czy dożyje poranka, mimo to, że Zmora Vrliki – jak już zdążył ją nazwać – zdawała się mieć wobec Egzarchy nieco inne plany, niż zabijanie. Przynajmnie w tej chwili. Rozwinął więc zawiniątko i ustawił list w takim miejscu, by światło bijące od księżyca choć trochę oświetlało zapisane na nim literki. Czytał powoli, słowo po słowie, nie chcąc niczego przeoczyć. Przez cały ten czas czuł na sobie wzrok oprawczyni wieśniaków. Co wywoływało u niego niemały dyskomfort.
Ilość słów: 587

Awatar użytkownika
Eirlys
Administrator
Posty: 106

pt sie 17, 2018 6:19 pm  

Narrator

  Sechmann, niezdolny do wstania, tkwił w dość upokarzającej pozycji i patrzył bezradnie na zmierzającą w jego stronę morderczynię. Czuł, jakby jedynie resztkami sił mentalnych utrzymywał się na rękach, nakazując im nie załamać się pod ciężarem ciała, byle tylko mężczyzna raz jeszcze nie zanurzył twarzy w śniegu. Chłód białego puchu zdawał się kojący, ale była to ułuda – gdyby Egzarcha pozwolił sobie na odetchnięcie w zaspie, mógłby już nigdy nie wstać. Zginąłby bez pomocy kobiety, która teraz zmierzała w jego stronę. Widząc to, jak wprawnie omija zdradzieckie zaspy, Vitav nie mógł powstrzymać się od myśli, że jakoś nie pasowała ona mu do obrazu, jaki stworzył w swojej głowie. Nie wiedział co prawda, czego się właściwie spodziewał, jednak miał nieodparte wrażenie, że Nerdyjka w jakiś sposób nie odpowiada jego wyobrażeniom. Nie mógł jednak wyrzucać kobiecie, że nie jest takim mordercą, o jakim myślał. Nie wtedy, gdy ta pochylała się nad nim, dając mu okazję do wdychania ciężkich, egzotycznych perfum. Egzarchini zdecydowanie wpisywała się w typowy dla Vrlikanek sposób bycia, który nakazywał pielęgnować własną urodę lub – jak w przypadku Kristy – wszelkimi środkami podkreślać to, co jeszcze pozostało. Sechmann jako mężczyzna nie mógł nie pomyśleć o tym stosowaniu perfum jako o kolejnym przejawie próżności rodu niewieściego zamieszkującego Biały Las. Nie widział zbyt wiele sensu w takim właśnie dbaniem o własny wygląd przez osobę, która i tak skrywała swe oblicze w cieniu, a ludzi widywała tylko po to, by ich zabić.
  Nie miał jednak czasu – ani energii – zbyt długo roztkliwiać się nad tą kwestia, albowiem dostał list. A właściwie coś, co na niego wyglądało. Mężczyzna ujął w dłoń kartkę z białego papieru wykonanego z rumianku – co tłumaczyło nieco tak wyraźną woń tego ziela – po czym rozwinął ją i dostrzegł kolejny wiersz. Tym razem litery alfabetu sanctinu układały się w dwa wersy i zostały nabazgrana tuszem, nie krwią. Było to o tyle dziwne, że kartka była jej wonią wyraźnie przesiąknięta. Na szczęście jednak tym razem kobieta wykorzystała tusz, o wiele wyraźniejszy w bladym blasku księżyca niż brązowiejąca posoka. To ułatwiło Vitavowi odczytania wiersza, który brzmiał dość złowrogo, mimo że był krótszy od poprzednich:
  
Prawdy nie ukryje lod, a zaplaci twoja matka.
Przerazliwie zawyje wilk, gdy na jaw wyjdzie twoja zdrada.


  Tym razem utwór zdawał się być niedopracowany. Jego układ nie był tak spójny, jak w przypadku poprzednich wierszydeł, trudno dostrzec tu było jakikolwiek rytm. Tym razem jednak zapisany wiersz był trochę bardziej bezpośredni, mimo że trudno oczekiwać, by docelowym odbiorcą miał być właśnie Sechmann. Morderczyni wciąż czekała cierpliwie, aż mężczyzna poskłada litery – niczym dziecko uczące się dopiero sztuki czytania – i dopiero wtedy się odezwała.
  – Myślę, że wiesz, komu przekazać posłanie, skoro omal życiem nie przypłaciłeś ochrony tej małej suki – Nerdyjka mówiła spokojnie aż do momentu, gdy dotarła do wyrażenia „małej suki”, co z kolei wypowiedziała pogardliwym tonem, jakby mówiła o jakimś robaku, a nie człowieku. Dziwnie akcentowała samogłoski, jak to zdarzało się w przypadku osób pochodzących z Sułtanatu. Właściwie jej sposób wypowiadania słów nawet trochę bardziej przypominał sposób mówienia Holgera, niż na przykład Timma lub jakiegokolwiek innego znanego Egzarsze Nerdyjczyka. Głos kobiety brzmiał jednak nieco młodziej, co pewnie było zasługą tego, że – w przeciwieństwie do drwala – nie spędzała ostatnich lat życia na ciągłym opróżnianiu kolejnych flaszek śliwowicy.
Ilość słów: 719

Awatar użytkownika
Vitav
Administrator
Posty: 223
Miano: Vitav Sechmann
Pochodzenie: Królestwo Waldgrossen
Karta Postaci: viewtopic.php?f=14&t=149
Narrator: Eirlys
Na sesji: Tak
Punkty Wytrzymałości: 17/17
Korony: 47
Szylingi: 0
Pensy: 0

ndz sie 19, 2018 4:14 pm  

  Prawdy nie ukryje lód, a zapłaci twoja matka. Przeraźliwie zawyje wilk, gdy na jaw wyjdzie twoja zdrada — powoli poskładał słowa do kupy. — Co one, kurwa, zrobiły. Ta kobieta się mści, a nie morduje dla zabawy. Kogoś lub coś tu utopiono, a głównym sprawcą tego musi być Krista. Tylko czemu uderzono w Junę, przecie... No tak, w końcu to jej córka. Matka zawsze najbardziej kocha dzieci. Gdybym tylko wiedział coś wię... — z szybkich przemyśleń wyrwały go dopiero słowa morderczyni, która w środkach nie przebierała. Zwinął list na powrót i schował do kieszeni. Raz jeszcze przetarł twarz.
  Omal nie przepłaciłem życiem, przez twoje pierdolone półśrodki, a nie to dziecko — zakaszlał nerwowo. Powolnym ruchem chwycił Pokutę i schował ją do pochwy, którą następnie odpiął od pasa. Podpierając się na mieczu, podnosił się do góry. — Ale nie jestem głupi. W tym stanie równie dobrze mogę sam sobie wbić ostrze w gardziel — wycharczał, bo mową ciężko było to nazwać. Wycieńczenie w połączeniu z i tak dość gardłowym głosem Krtani, bardziej przypominało mową potwora. — Powiedz chociaż, za co się mścicie? — zapytał się, choć większych nadziei co do pozyskanej odpowiedzi nie łudził. Egzarcha traktowała go teraz jak nadrzędzie, a on nie mógł z tym nic zrobić. Mógł jedynie czekać, aż go pozostawi w spokoju. Udać się w najbliższe ciepłe miejsce, odpocząć, a potem lepiej przygotować do kolejnego spotkania. Zmusić Riedla do powiedzenia wszystkiego co wie.
  Choć największym problemem było to, że nadal nic nie trzymało się tu kupy. Początkowa teoria, jakoby to Krista miała stać za utopieniem kogoś miała wiele luk. Prawda ukryta pod lodem równie dobrze – a nawet było to bardziej prawdopodobnie – tyczyć jednej z historii, według których na lodzie pozostawiono dzieci oraz obciążenie. Jak się potem jednak dowiedział, dziatwa nie trafiała do lodowatej wody, a na drzewa. W takim razie kto, kurwa, był pozostawiany na kruchym lodzie? Musiało się to stać w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat, na pewno za życia Kristy. Czas można nieco uciąć, biorąc pod uwagę, że mścić chcą się też na Junie. Ale trzeba by założyć, że to nie jest czysta chęć pozbycia się potomstwa znienawidzonej osoby. Żesz kurwa — zaklął w myślach i uniósł głowę do góry. Spoglądał prosto w mrok kaptura morderczej niewiasty.
Ilość słów: 427

Awatar użytkownika
Eirlys
Administrator
Posty: 106

pn sie 20, 2018 1:10 pm  

Narrator

  Sechmann przetłumaczył treść wiersza, czując teraz jeszcze większy mętlik, niż wcześniej. Miał co prawda silne przeświadczenie, że Krista musiała zrobić coś złego w przeszłości, coś, za co morderczyni postanowiła się zemścić, zabijając córkę kobiety. Było to na swój sposób logiczne – miłość rodzicielska, zwłaszcza matczyna, była silna. Zabicie kogoś, kogo tkaczka kocha zrani ją zapewne bardziej niż gdyby to jej samej, schorowanej niewieście wyczekującej już raczej śmierci niż kolejnych dni, odebrano życie. Vitav nie rozumiał jednak, co takiego mogłaby zrobić ta Vrlikanka, dosłownie odczytując wers o ukrywaniu prawdy pod lodem. Mężczyzna zapytał nawet wprost o powód zemsty morderczynię. Nie liczył tu jednak na szczerą odpowiedź. Z trudem wstał i opierając swój ciężar o Pokutę, czuł się jeszcze bardziej wystawiony na atak Nerdyjki, niż wcześniej. Mimo że Krtań nie należał do niziołków, wręcz przeciwnie, ta kobieta górowała nad nim wzrost, a przy tym emanowała z niej ta pewność siebie, którą daje świadomość własnej potęgi. Morderczyni mogła bez problemu mogłaby zabić Egzarchę, z czego oboje zdawali sobie sprawę. Z jakiegoś powodu jednak tego nie robiła, co dawało nadzieję na to, że gdy ta urocza pogawędka w świetle księżyca się skończy, Vitav zdoła dojść do chaty Holgera i tam odpocząć. Teraz musiał jedynie wytrwać, a potem czekała go, zapewne upokarzająca z powodu jego słabości, przeprawa przez śniegi.
  Morderczyni bez słowa obserwowała powolny proces wstawania, jaki musiał przejść Sechmann, nim w końcu podniósł się ze śniegu. Być może bawiło ją obserwowanie, jak się męczył, bo gdy tylko się odezwała, jej głos brzmiał weselej, niż wcześniej.
  – To niewybaczalne, że przedstawiciel Initum ma tak małe pojęcie o czasach po wojnie z Priori, byś nadal się nie domyślał. Moja zemsta jest jednak już prawie dokonana, teraz został jeszcze jeden akt… – odpowiedziała, po czym, jak gdyby dopiero sobie o tym przypomniała, uniosła lewą rękę. Serce, chociaż przeczyło to wszelkim prawom przyrody, wciąż biło, mimo że nie miało już co tłoczyć. Krew nie napędzała już regularnych skurczów, narząd ten jednak zdawał się nie zdawać sobie z tego sprawy. Ponieważ serce wciąż żyło, płatki śniegu stykające się z jego powierzchnią szybko topniały, jakby opadały na rozgrzaną płytę pieca. Nerdyjka przez chwilę patrzyła na swoją zdobycz, po czym, jakby nagle widok ten zmienił jej zdanie, odwróciła się. Odeszła w stronę kłębowiska drzew w nienaruszonej przez siekierę Riedla części lasu, wiedząc, że Vitav i tak nie byłby w stanie jej teraz zaatakować. Mężczyzna został sam i musiał teraz podjąć decyzję co do dalszych kroków. Czując okropny ból, jaki wywołało nadludzkie przeciążenie mięśni, wiedział, że owe kroki mogą się okazać czysto metaforyczne. Sechmann mógł w każdej chwili na powrót runąć w dół na spotkanie z mroźnym puchem, zredukowany do roli pełzającego, bardzo zmęczonego i nierozumiejącego motywów mordercy człeka.
Ilość słów: 555

Awatar użytkownika
Vitav
Administrator
Posty: 223
Miano: Vitav Sechmann
Pochodzenie: Królestwo Waldgrossen
Karta Postaci: viewtopic.php?f=14&t=149
Narrator: Eirlys
Na sesji: Tak
Punkty Wytrzymałości: 17/17
Korony: 47
Szylingi: 0
Pensy: 0

wt sie 21, 2018 6:57 pm  

  Narastający ból opanowujący wszystkie mięśnie i ścięgna, sprawiał że twarz Sechmanna pokrywał wymowny grymas, który nie sposób było źle odczytać. W pewnym momencie, gdy nieco się zachwiał i z trudem odzyskał utraconą równowagę, głośno syknął. Słysząc jednak słowa o swej "niewybaczalnej niewiedzy", nie spuścił wzroku, a wręcz przeciwnie. Nieco zainteresował się tym zainteresował, co minimalnie pobudziło oczy, które ze zmęczenia zamykały się same. Podczas pobytu w Initium niewiele obcował z innymi. Przesiadywał raczej w odosobnieniu, poddawał się medytacji i próbował odzyskać spokój ducha. W międzyczasie czytał, ale rzadko o historii świata, a jeśli już to o czasach zdecydowanie dawniejszych, niźli ostatnie trzydzieści lat. Tak więc mimo swych niskich oczekiwań wobec odpowiedzi, i tak się zawiódł. Krótka wspominka o braku wiedzy i okresie powojennym nie była w stanie usatysfakcjonować ciekawości Krtani. Cóż, przynajmniej wiedział tyle, że morderca – bądź mordercy, jak zakładał od jakiegoś czasu – są już na ostatniej prostej do dokończenia swojej krwawej zemsty. Niezbyt wylewna jak na tak pewną siebie. Ale czego innego ja się spodziewałem? — zadał sobie pytanie, spoglądając na znikającą w mroku drzew postać.
  Zdawałoby się, że najtrudniejsza część już za nim. Nic bardziej mylnego – choć z kluczowego momentu tej nocy wyszedł żywcem, tak pod wielkim znakiem zapytania stała jego wędrówka do chaty Holgera. Zaspy były wysokie, temperatura niska, a Sechmann wykończony i obolały. Skupiony jedynie na tym, aby nie usnąć i iść przed siebie, kroczył przez śniegu, co rusz potykając się. Kierując się w stronę chaty Holgera, jego twarz nie raz lądowała w białym puchu. Nieustępliwy Egzarcha nie miał jednak zamiaru odpuszczać. Skoro los dał mu drugą szansę, a Oni wysłuchali modlitw, musiał przeć dalej – będąc bogatszym o pewną znikomą wiedzę na temat mordercy, a raczej morderczyni. Po raz kolejny potwierdziło się przysłowie, że strach ma wielkie oczy. Choć w istocie Vitav oczu owej kobiety nie dostrzegł, tak wiedząc mniej więcej z czym ma do czynienia, czuł się lepiej. Spokoju nie dawała mu tylko jedna rzecz – aura Pierwszego, która zdawała się tu być tak powszechna...
Ilość słów: 389

Awatar użytkownika
Eirlys
Administrator
Posty: 106

wt sie 21, 2018 9:17 pm  

Narrator

  Chociaż Vitav ledwie trzymał się na nogach – a ściślej rzecz biorąc: nie trzymał – to jednak wciąż miał swoją dumę. To właśnie duma sprawiła, że nie zachował się jak posłuszny uczniak i nie spuścił karnie wzroku, gdy morderczyni beształa go za brak wiedzy. Swoje szkolne lata miał już dawno za sobą, a podczas treningu w Initium skrzętnie korzystał z biblioteki. To, że nigdy nie pomyślał o tym, że jakaś zadufana w sobie Egzarchini postanowi zabijać wieśniaków w samym sercu Białego Lasu i będzie oczekiwała od swego przeciwnika wiedzy na temat okresu powojennego… Cóż, tego Sechmann po prostu się nie spodziewał i nie uważał, by miał z tego powodu czuć się wybrakowany. Miał jednak poczucie, że czegoś brak mu w tajemniczej wypowiedzi Nerdyjki. Kobieta była pewna siebie, ale jednak ostrożna – jak powiedziała, wypełniła swą zemstę „prawie” i nie chciała zdradzać przed czasem, co jeszcze jej zostało. Nie zamierzała odkrywać wszystkich kart, zamiast tego wspomniała tylko o jakimś akcie, jakby była dramaturgiem, a nie bezlitosnym mordercą. Zostawiła Sechmanna z tą samą dozą informacji prawie, co przed spotkaniem, za to wycieńczonego.
  Mężczyzna z trudem przedzierał się przez śniegi. Zaspy, już i tak wysokie, nagle urosły w jego oczach do rozmiaru gór. Mroźne powietrze zdawało się jeszcze zimniejsze, a wiatr niosący rozlegające się w oddali wilcze wycie zdawał się być zdolny do połamania drzew. W końcu jednak Egzarcha dotarł do wyspy Holgera. Nim jednak zdołał to zrobić, musiał na moście wyminąć zwłoki Amelie. Ciało leżało teraz, głową do dołu, dokładnie na środku kładki, która łączyła przystań drwala, gdzie mógł upijać się na umór w spokoju, z lasem. Córka poborcy nawet po śmierci nie uniknęła kolejnych razów – jej ubranie było nieco zmiętolone, pokryte wilczymi tropami i smugami brązowej teraz krwi, a ciemne włosy splątane w jedno ze srebrnymi sznurami łańcuchów.
  Gdy Sechmann zdołał wyminąć zwłoki kurwiącej się za życia kobiety, odkrył, że to nie koniec nieprzyjemnych niespodzianek. Gdy tylko pchnął drzwi, stanął oko w… pierś z Antymagiem. W dodatku pierś pozbawioną serca. Mężczyzna, który zniknął w lesie w towarzystwie wilków, odnalazł się teraz, niestety martwy. Wisiał w progu domostwa Holgera, przysłaniając Vitavowi widok na wnętrze chaty, tak jak wcześniej Saladyn.
  Egzarcha pokonał kolejną przeszkodę i znalazł się w znanym już dobrze pomieszczeniu… Niestety, odkąd wyruszył po śniadaniu, wiele się pozmieniało. Wszystkie przedmioty leżały w nieładzie, wiele z nich, w tym cała skrzynka flaszek ze śliwowicą, została połamana, potłuczona lub rozbita. Odłamki szkła, kawałki drewna i zawleczona z pokoju pościel mieszały się ze sobą, tworząc nad wyraz niepokojący wyraz. Tym bardziej niepokojący, że tuż obok stołu zaczyna się krwawa smuga, która kończyła się dopiero w progu, jakby krew ustąpiła miejsca Antymagowi. Było to jeszcze bardziej niepokojące, ponieważ ciężki zapach krwi, gnijącego ciała, alkoholu i ciężkich perfum morderczyni mieszał się w powietrzu, tworząc wyjątkowy nieprzyjemną dla nosa woń. Jakby nie dość było, Vitav czuł wyraźnie zarówno aurę morderczyni, jak i aurę Pierwszego.
Ilość słów: 580

Awatar użytkownika
Vitav
Administrator
Posty: 223
Miano: Vitav Sechmann
Pochodzenie: Królestwo Waldgrossen
Karta Postaci: viewtopic.php?f=14&t=149
Narrator: Eirlys
Na sesji: Tak
Punkty Wytrzymałości: 17/17
Korony: 47
Szylingi: 0
Pensy: 0

śr sie 22, 2018 4:02 pm  

  Mroźne terytoria Białego Lasu zdecydowanie nie były przyjazna dla osób z zewnątrz, a już szczególnie tych wymęczonych i cholernie osłabionych. Właściwie to we znaki dawały się także pewnie tutejszym, ale ci mieli długie lata, by przywyknąć do panujących w krainie wiecznego śniegu chłodu i mrozu. Trudna przeprawa trwała dobrą chwilę, a przedzieranie się przez wysokie zaspy dla Vitava graniczyło z cudem. Jakaś dobra dusza musiała jednak nad Egzarchą czuwać, gdyż ostatecznie ten doczłapał do wyspy Holgera, gdzie dojrzał pierwszą niezbyt miłą niespodziankę, która nie zwiastowała niczego dobrego. Ciało Amelie leżało na środku mostu. Przewrócone na brzuch, pełne śladów wilków.
  Musiały ją wytargać spod śniegu. No głęboko nie była, przez noc pewnie ledwo ją przysypało. Ale skoro zwierzęta zaciągnęły ją aż tutaj, to znaczy, że pchały się do chaty drwala. A skoro gdzie wilki, tam i samobójcy to... Kurwa mać.
  Sechmann nieco przyśpieszył kroku, a właściwie to zwiększył swoją prędkość z tempa ślimaczego na żółwie. Nadal podpierając się pochwą Pokuty, postukiwał to ciężkimi butami, to jej końcówką o drewniany pomost, do momentu, aż z niego nie zszedł. Otwierając drzwi wstrzymał oddech, spodziewając się niespodziewanego. I rzeczywiście – tego się nie spodziewał. Zamiast ciała Riedla, przed jego oczyma malowało się dyndające na linie truchło Antymaga, który wcześniej tak ochoczo pobiegł w las za dzikimi zwierzętami. Biedny kretyn — pomyślał i przedarł się do środka, pozostawiając kwestię martwego towarzysza na późniejszą chwilę.
  Przez ten dzień wnętrze zdążyło trochę się zmienić. Co prawda już wcześniej ciężko było tu o porządek, teraz jednak pomieszczenie mogło szczycić się mianem chaosu. Wszystko było porozrzucane, a szczególnie w oczy rzucała się jedna rzecz, za którą Holger byłby pewnie skłonny zamordować każdego, kto stał na jego drodze – cała skrzynka potłuczonych butelek śliwowicy. Trunek tak uwielbiany przez drwala był teraz wymieszany z pobitym szkłem i nie nadawał się do spożycia.
  Krtań jednak bardziej zainteresowany był krwawą smugą ciągnącą się od stołu, aż do samego progu, w którym radośnie bujał się to w prawo, to w lewo, Cesarski.
  Czyli najpierw była tutaj. Albo mnie wyprzedziła, co nie byłoby żadnym wyczynem — pomyślał, wciągając powietrze do nosa. Powonienie mówiło mu o tym, iż to morderczyni, na którą natknął się wcześniej, narobiła tu takiego rabanu. Albo to drwal w panice zaczął ciskać wszystkim co miał pod ręką. W każdym razie, tutaj zginął Antymag, a nie Holger. Kolejnym problemem była wymieszana z tym wszystkim aura Pierwszego, co czyniło to wszystkie jeszcze bardziej zagmatwanym.
  Vitav przycupnął na chwilę na pierwszym lepszym krześle i przez jakieś pół godziny dał swoim nogom odpocząć. Potrzebował tego bardziej, niż ktokolwiek inny. Dopiero potem, klnąc pod nosem, podszedł do wiszącego truchła. W ręku trzymał miecz. Nie możesz tu zostać, przyjacielu — wymamrotał pod nosem, po czym przeciął linę ostrzem, a ciało z trudem wypchnął przed dom. Zamknął drzwi i zastawił je stołem. Następnie skierował się do pomieszczenia, w którym wcześniej spał, aby sprawdzić, czy tam też przypadkiem nie ma czegoś dziwnego. Właściwie to przed snem rzucił okiem do wnętrza każdego pokoju. Dopiero, gdy był spokojny na tyle, na ile mógł, położył się spać. Rankiem będę miał okazję dokładnie przeszukać ten dom. Może Holger nie zabrał tego, co mógł tu ukrywać — pomyślał, zamykając oczy i zasypiając.
Ilość słów: 644

Awatar użytkownika
Eirlys
Administrator
Posty: 106

śr sie 22, 2018 7:30 pm  

Narrator

  Gdyby nie Amelie, martwa już od dawna, Sechmann mógłby przypuszczać, że Oni patrzą na niego życzliwszym okiem. Chociaż przeprawa przez las zdawała się trwać wieczność, a wszystkie siły, jakie wciąż jeszcze napędzały ciało Egzarchę do ruchu zdawały się już wyczerpać doszczętnie, mężczyzna był tuż-tuż domostwa. Niestety, zamiast pijanego w sztok Holgera, którego czerwona, opuchnięta twarz mogłaby dla Krtani zdawać się najwyższym pięknem, przybysz spotkał piękna, ale sztywną jak na nieboszczkę przystało dziewczynę. W dodatku widać było wyraźnie, że została tu zawleczona i zdeptana przez wilki. Vitav dzięki wcześniejszym wypadkom w domu Juny wiedział już, że te zwierzęta nie zwiastowały niczego dobrego. Skoro pojawiły się basiory, to i ktoś musiał zostać wpędzony w trans, a wtedy już bezwolna ofiara była na łasce i niełasce morderczyni. Egzarcha przyspieszył więc kroku, bojąc się, że mężczyzna, od którego wciąż spodziewał się kilku odpowiedzi, może być już martwy. Zamiast jednak ciała drwala, Sechmann natknął się na zwłoki swego towarzysza. Los Antymaga był o tyleż tragiczny, co i komiczny przez swoją groteskowość. Cesarski zniknął w lesie – czego teraz Krtań mógł się domyślić – z powodu transu. Pobiegł za wilkami i już nikt go nie widział… aż do teraz. Chociaż Waldgrosseńczyk poświęcił chwilę na pożałowanie martwego, nie była to zbyt przejmująca żałoba. Nie miał kiedy związać się emocjonalnie z mężczyzną, a teraz już i tak tyle napatrzył się na wisielców, że nie mógł się przejmować każdym kolejnym truposzem. Teraz jedyne, co martwiło znękanego Egzarchę, to przejmujący ból.
  Sechmann zasiadł na krześle, które prawdopodobnie odbyło lot po kuchni, sądząc po stanie oparcia i nóg. Mimo że siedzisko zakołysało się pod jego ciężarem, jednak się nie rozpadło, więc mężczyzna z błogością pozwolił swym nogom odpocząć. Tkwił w bezruchu przez pół godziny, pozwalając swemu ciału odzyskać choć część sił. Mężczyzna mógł w tym czasie patrzeć na to, jak kołyszące się ciało Antymaga wybijało konsekwentnie równy takt, jak ostatnie krople śliwowicy skapywały ze stłuczonych butelek i wsiąkały w podłogę, wreszcie – jak z każdą upływającą minutą plama krwi ciemniała coraz bardziej, tracąc czerwoną barwę na rzecz brązu. Vitav mógł przy tym zauważyć, że smuga układała się w taki sposób, jakby posoka od tak spłynęła z punktu na wysokości blatu, ale przy tym ani kropla nie odbiła się od jego powierzchni. Potem jednak krew została rozsmarowana, w dodatku plama ciągnęła się równomiernie przez akurat ten kawałek podłogi, który nie był pokryty odłamkami. Jedynie w progu magicznie znikała, dokładnie w miejscu, gdzie zawisł Cesarski.
  W końcu Sechmann wstał i podszedł do martwego towarzysza. Gdy w końcu przyjrzał się ciału, zrozumiał, że to nie jego krew zdobi podłogę kuchni Holgera. Antymag nie żył już od dłuższego czasu, w dodatku jego zwłoki nie mogły przebywać na zimnie, bo rozkład tknął je zdecydowanie bardziej, niż Amelie. Skóra była teraz niczym pergamin i obkurczyła się, sprawiając, że dłonie mężczyzny zdawały się być zaopatrzone w zwierzęce szpony, a nie ludzkie paznokcie. W dodatku na skroni i wewnątrz rany pojawiła się pleśń. W klatce piersiowej właściwie już tętniło życie – dziesiątki białych pędraków drążyło korytarze w ścianie płuc i skórze, mimo że przecież żadne owady nie miałyby szans na złożenie jaj podczas tak mroźnej zimy. Larwy jednak zdawały się tym nie przejmować i z radością pożerały cielesną powłokę, jaka została po Antymagu. Niestety, teraz czekała je śmierć – z chwilą, gdy Sechmann wypchnął ciało z domu, robale zostały skazane na zagładę. Zjadły już zbyt dużo tkanki, by mogła ona stanowić dla nich osłonę przed zimnem, tak więc pozostało już im tylko zdechnąć.
  Vitav jednak był na tyle bezduszny, że nie przejął się losem larw, które właśnie pośrednio zamordował. Poszedł do pokoju, który dzieliłby razem z Cesarczykiem, gdyby ten nie zginął i po prostu legł na posłanie. Nie przeszkadzało mu to, że ktoś w pośpiechu wytrząsnął siennik i byle jak położył go z powrotem. Nie przeszkadzało też, że poduszki i pierzyny zostały rozdarte, a pióra rozsypane dookoła. Z chwilą, gdy zamknął oczy, zasnął snem twardym, pozbawionym majaków. Jego umysł był zbyt wycieńczony, by roić mu jakieś marzenia czy koszmary. Obudził się dopiero wtedy, gdy słońce już od dwóch godzin co najmniej widniało nad widnokręgiem.

Spoiler:
Masz teraz 17 PW, wydawaj je rozważnie.
Ilość słów: 862

  •   Informacje
  • Kto jest online

    Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość