"Pierwsze dwa tygodnie wojny były ciche. Żadnych walk, żadnych przemarszów wojsk. Każdy siedział na swoim miejscu i liczył siły, sprawdzał stan wojsk, uzbrajał się w cierpliwość i miecze. [...]"
Przeczytaj o dalszych losach wojny domowej w Waldgrossen.

Rottenberg

Do archiwum trafia wszystko co jest nieaktualne, ale z drugiej strony szkoda się z tym rozstawać i usuwać.
Awatar użytkownika
Gilthunder
Egzarcha
Posty: 32
Pochodzenie: Królestwo Waldgrossen
Na sesji: Nie
Punkty Wytrzymałości: 23/23

sob lut 24, 2018 3:24 pm  

Ostatni post na poprzedniej stronie:

  Gil nawet nie starał się być szarmancki i zalotny, wszystkie jego ruchy ciała, słowa, było to przejawem wysokiego urodzenia, dobrych manier i poszanowania dla kobiet jakie wpoiła mu matka za młodu. Mężczyźni podążyli za piękną niewiastą do jednego z ostałych domostw. Od zewnątrz wyglądało jakby zostały mu z 2 lata i całkowicie się rozleci, lecz ten sposób budowy również sprawiał wrażenie solidnego i bezpiecznego. Chodziło tu o fundamenty, każde z nich miało tak samo wykonane.
  Wnętrze jawiło się już bardziej przyjemnie, lecz mroczniej. Było to spowodowane ogromnym zapotrzebowaniem chałupy na więcej światła. Kominek kamienny, dosyć ładny, dogasał w ciszy. Kilka poniszczonych już świec ustawionych przy łożach, również nie dawały nic od siebie. Problemem najpewniej były te cztery zarzygane okna, przez które to i jasnowidz nic by nie dostrzegł. Gilthunder skinął głową, gdy ich tymczasowa pielęgniarka kazała im się wygodnie ułożyć na posłaniach. Podszedł do tego na prawo i odruchowo zdjął miecz z pasa i oparł go tak, aby leżąc głową do kominka, mieć go po swojej lewicy.
  – I tak ratujesz mi Pani życie łagodząc ten piekielny gól – odparł Egzarcha na słowa kobiety, po czym usiadł z bólem na łóżku i zdjął po kolei napierśnik, za którym poszła cała część szyjna i naramienna. Swe ciężkie, metalowe rękawice przypominające szpony demona odłożył na podłogę. Powoli zdjął ochraniacze na nogach, buty i spodnie, zostając w samej bieliźnie. Tego dnia miał na sobie krótkie, czarne, lniane majtasy. Jego ciało świeciło w przygasającym świetle świec. Brud i pot zmieszał się razem, tworząc wzory na jego piersi, niczym członek barbarzyńskiego plemienia.
  Cierpliwie dał się obmyć, obsmarować jakimś gównem, co pachniało jak gówno i zabandażować połowę ciała. Zapach starał się ignorować, przykuwając całą swą uwagę w piękność, która uśmierza jego ból. Zamykał oczy błyskawicznie, kiedy ta spoglądała na niego, gdyż dżentelmenowi nie wypada "gapić" się na kobietę. Burzowy Rycerz wypił niebieski płyn, która ta podała mu z otwartej kapsułki. Błękitna osoka przepływając przez gardło i podążając do żołądka, od razu dodała mu siły. Wiedział, że to nie mógł być jakiś zwykły lek, lecz najprawdopodobniej silny narkotyk. Otępił jego zmysły i sprawił, że ten był senny. Bardzo senny. Chciał coś zrobić przed zmrużeniem oczu, ale opadł z sił.
  Pierwsze co ujrzał Gilthunder po otworzeniu oczu to kobieta czuwająca nad nimi przez ten cały czas. Uśmiechnął się i kierując do niej swe słowa, odpowiadał również na jej pytanie. – Tak, dziękuję... To niebieskie coś nieźle podziałało – rzekł, mając jedynie przeczucia, że owa substancja była narkotykiem, w czym potwierdziła jego przekonania ich pielęgniarka. Widząc jej cudowny gest podarowania torby z bandażami i tym Vixulius, spojrzał na nią przemiłym wyrazem twarzy z domieszką serdecznego uśmiechu.– Jak Ci na imię Pani, jeśli wolno spytać? – nie dodał nic o podarunku, ponieważ ona dobrze wiedziała w jego oczach, że jest jej za to wdzięczny. Gil nie spodziewał się braku reakcji z jej strony na zapytanie, ponieważ było one jak najbardziej na miejscu.
  Podczas tej całej rozmowy, nieobolały już rycerz wstawał i powoli się ubierał. Miał zamiar podejść do Urlichai poklepać go po piersi, budząc i sugerując wymarsz do Exitium najszybciej jak tylko się da. Gilthunder nie chciał dłużej zwlekać z przekazaniem raportu o swoich dokonaniach Wielkiemu Mistrzowi i na pewno będzie prosił o audiencję w osobności, lecz to dopiero po oficjalnym zdaniu raportu. Jego koń czekał na niego przed przesmykiem, w którym go zostawił z przyczyny złego doboru drogi i konieczności pokonania sporego kawałka na piechotę.

Końcowy rachunek PW wynosi 19/19.
Ilość słów: 698

Awatar użytkownika
Vitav  
Administrator
Posty: 132
Miano: Vitav Sechmann
Pochodzenie: Królestwo Waldgrossen
Narrator: Eirlys
Na sesji: Tak
Punkty Wytrzymałości: 15/15
Korony: 47
Szylingi: 0
Pensy: 0

sob lut 24, 2018 4:45 pm  

Narrator

  Starsza piękność powoli zbierała się już do wyjścia, gdy Gilthunder spytał ją o imię. Chwilę wstrzymała się z odpowiedzią, w końcu jednak, gdy była już przy drzwiach przedstawiła się. Niby niechętnie, ale jednak z szacunkiem. Zapewne miała już dość zalotów – a przynajmniej tak to z jej perspektywy wyglądało – wszelkich mężczyzn, którzy widząc jej urodę, od razu zaczynali swe "podboje". Kto wie, w takim wieku zapewne miała już nawet męża, albo nawet była wdową.
  — Elisa, Panie — odparła — Muszę was jednak przeprosić, wszyscy zaczynają już opuszczać Rottenberg, czas i na mnie — dodała. Otworzyła skrzypiące drzwi i wyszła. Być może Gilthunder ujrzał ją właśnie ostatni raz na oczy.
  Po chwili młody Egzarcha poczuł na swym ramieniu dłoń. Należała do nikogo innego jak Ulricha, który zaśmiał się pod nosem. Jego twarz była cała w bandażach, przez które prześwitywała lekko cuchnąca maź. Wydawał się być mimo wszystko zadowolony i chyba jakoś się już pogodził z utratą policzka... Lub po prostu był pewny, że w Exitium poskładają mu buźkę do kupy.
  — Przyjeżdżała tu zawsze ze strażnikami. Córka starej zielarki, której się zmarło parę miesięcy temu. Dotychczas to ona się nami zajmowała w razie wypadków, teraz jednak nie mieliśmy nikogo, więc zaczęli zabierać ze sobą Elisę — powiedział, zapewne myśląc, iż może to jakoś zainteresować Burzowego Rycerza. Bądź chciał zacząć jakoś rozmowę.
  — Pojadę z tobą do Exitium. Zdamy raport i ja wracam do Endenbergu. Moje miejsce jest w mieście. Mój wiek nie pozwala na tyle co kiedyś, a i Pierwsi wydają się być silniejsi, niż te dwadzieścia siedem lat temu — rzekł jeszcze i wstał. Odział się w to, co przedtem z siebie zrzucił. Powoli opuścił budynek. Wyprostował ręce, strzelił palcami i głośno ziewnął.
  Tak jak mówiła Elisa, wszyscy powoli szykowali się do opuszczenia Rottenbergu. Zresztą kto chciałby tutaj zostać, osada była niemal zrujnowana, a i widmo powrotu Pierwszej nie było zbyt krzepiące. Ludzie, którzy nie ładowali kamienia na wozy, zdążyli pochować poległych i zebrali się przy kaplicy, by odmówić modlitwę do Onych.
  Taki obrazek trwał jeszcze w momencie, gdy oboje Egzarchów opuszczało Rottenberg i kierowało się w stronę miejsca, w którym Gilthunder pozostawił swego wierzchowca. Wcześniej oczywiście Żelazna Łapa zabrał ze swej strażnicy kilka rzeczy oraz konia, przygotował się do dłuższej drogi i dołączył do Burzowego Rycerza. Oboje ruszyli traktem, który był najkrótszą drogą do Wąwozu Pierwszych, a co za tym idzie – Exitium.

***


  Droga być może nie ciągnęła się długo, ale wyraźnie dała we znaki. Po kilkudziesięciu godzinach działanie narkotyku ustąpiło dobierającym się do kontroli nerwom, a nieprzyjemny ból w okolicach klatki piersiowej znowu zaczął męczyć Gilthundera. Po drodze oboje natknęli się na kilka orszaków żołnierzy, od których dowiedzieli się nieco więcej o tym, co w trawie piszczy. W Królestwie Waldgrossen żniwa zaczęła zbierać wojna domowa – najlepsze co mogło przytrafić się Pierwszym. Być może nawet czekali na moment słabości ludzkiej rasy, by uderzyć wtedy, kiedy zaboli najbardziej. Póki co jednak siali zniszczenie w samym Księstwie Jaksaru.
  Szczęścia mieli na tyle, że i na terenach, którymi władał Kniaź nie natknęli się na Pierwszych. Minęli tylko kilka spalonych wiosek pełnych trupów. Wędrując spotkali także paru Egzarchów oraz Drugich zajmujących się poszukiwaniem bladolicych łotrów sprawiających kłopoty. Ponoć w Exitium, Initium i Auxilium nastąpiła pełna mobilizacja sił, wszyscy stanęli do walki z wrogiem, a sytuacja i tak nie wyglądała kolorowo.
  W końcu jednak na horyzoncie ujrzeli potężną Twierdzę Końca – tym razem w jeszcze lepszym stanie, niż była, gdy Gilthunder ją opuszczał. Już niemal ukończona. Wzmożona warta w postaci ośmiu Egzarchów i trójki Drugich stacjonowała przy bramie. Zadaszone mury posiadały jedyne drobne okienka, przy których stali kusznicy z zaklętą bronią. Widok ten z pewnością zapierał dech w piersiach.
  — No i jesteśmy na miejscu. Miejmy nadzieję, że poznają nas takich poobijanych, hehe — zażartował Żelazna Łapa, gdy zbliżali się do wartowników. Jeden z nich spojrzał wymownie na podróżników.
  — Urlich von Rotschwert, a to — wskazał na Burzowego Rycerza — Gilter von Freyer. Wracamy z Rottenbergu by zdać raport, że niemal nic po nim się nie ostało — dokończył.
  — Ciekawe rzeczy mówicie, Urlichu. Nie spodziewaliśmy się, że Pierwsi tak szybko do Waldgrossen przeniknął, no ale cóż... Wchodźcie, wchodźcie — odparł — Otworzyć bramę! — wrzasnął jeszcze.
  Pięć warstw żelaznych krat uniosło się do góry otwierając przejście do środka. Przemierzając długi korytarz Gilthunder wraz z Żelazną łapą mijali wiele ludzi, jednych uzbrojonych lepiej, drugich gorzej. Część z nich ćwiczyła, część była zdecydowanie naukowcami, a jeszcze inni zdawali się po prostu kogoś szukać. Do tej ostatniej grupy z pewnością należeli także przybysze z Rottenbergu...

Ilość słów: 914

  •   Informacje
  • Kto jest online

    Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości