Kruki donoszą, że nowa aktualizacja – oznaczona numerkiem 1.3 – jest już na forum! A wraz z nią kompletne przebudowanie jednej z frakcji oraz rozwój wydarzeń znanych z Przebudzenia i Synów republiki!

Vrlika


Awatar użytkownika
Everold
Posty: 130

Vrlika

Post#1 » sob gru 02, 2017 11:32 am

Vrlika



  Vrlika to niewielka osada leżąca niedaleko od miejsca, gdzie śnieg ostatecznie pokonał roślinność. Choć przez cały czas skryta jest śniegiem, mieszkańcy hodują zwierzęta i uprawiają niewielkie połacie pól – tyle tylko, że w pewnym oddaleniu od wioski, na starannie wykarczowanych skrawkach ziemi między pojedynczymi zaspami śniegu tam, gdzie jeszcze rośnie na tyle dużo traw, a gleba jest dość urodzajna.
  Wioskę otacza brzozowy płot, bardziej jednak ze względu na zatrzymanie na jej terenie hodowanych w kurnikach kur niż dla zapewnienia bezpieczeństwa, bo i nie sięga nawet do biodra przeciętnie zbudowanego mężczyzny, i niektóre ze sztachet dawno już zbutwiały i zostały poprzetykane słomą. W kilkunastu miejscach, mniej więcej co pięćset metrów, znajdują się furtki, a od strony najbliższej w miarę dobrze utrzymanej drogi znajduje się szeroka brama wjazdowa, zazwyczaj zamknięta, bo rzadko kiedy do osady wjeżdżają duże wozy, poza tymi wiozącymi dostawy z zewnątrz. Poza płotem znajduje się domostwo drwala – jego chata, stajnia, drewutnia – na niewielkiej trójkątnej wyspie. Wysepka ta znajduje się dobry kawał drogi na wschód od wioski, na rozwidleniu Vrliki – niewielkiej odnogi Kryształowego Strumienia, od której osada wzięła swą nazwę. Nieco bliżej wioski, kilkaset metrów na północny zachód od głównej bramy, stoi niewielka drewniana chata, w której zazwyczaj nikt nie mieszka. Jej zarys jest ledwie widoczny na tle ogołoconych z liści brzóz i buków, bowiem owa niezamieszkana chata leży o rzut kamieniem zaledwie od linii drzew.
  Co zaś do wnętrza przestrzeni ogrodzonej płotem, to znajduje się ono na terenie niewielkiej kotliny, tak więc rynek leżący w centralnej części osady mieści się akurat równocześnie w najniższej jej części. Jak to na każdym rynku, jest tam stara murowana studnia i miejsce na stragany, które pojawiają się tam tylko wtedy, gdy jakiś zdesperowany lub zaginiony kupiec zawita w wiosce. Choć Vrlikę zamieszkuje jedynie trzystu mieszkańców, domy wokół rynku są murowane i wielopiętrowe. Reszta ludzi mieszka w drewnianych chatach. Dwa najbardziej okazałe budynki należą do kapłana i felczera, w młodości pobierającego nauki w Kinkengardzie. Pomiędzy nimi wciśnięta jest niewielka ścieżka, która przecina ulice zamieszkałe przez krewnych starszyzny i kończy się na wzniesieniu, na którym wybudowano świątynię. Za nią znajduje się cmentarz, który przylega do płotu. Za ogrodzeniem znajduje się też pas ziemi, gdzie pochowano samobójców.



Obrazek
Ilość słów: 469

Awatar użytkownika
Eirlys
Administrator
Posty: 1

Vrlika

Post#2 » sob gru 02, 2017 11:34 am

Narrator


  Sechmann nie zdobył się na żaden komentarz dotyczący krótkiego wybuchu wściekłości spokojnego do tej pory Timma. Bo i co tu było do komentowania? Potulny jak baranek chłopak dość miał już ciągłych kłamstw swego opiekuna, a przede wszystkim tego, że ów przyznał się do pozostawienia Kabira na pewną śmierć. Zrobił więc to, czego i Vitav nauczył się, zgłębiając tajniki wydobywania z ludzi informacji – zaatakował wprost w najczulsze miejsce. A czyż jest coś ważniejszego i bardziej drogiego sercu alkoholika, niż gorzała? Młodzieniec więc rzucił flaszą w przypływie szału i wyszedł, trzaskając drzwiami. Holger o dziwo zachował spokój, mimo że Egzarcha na jego miejscu zacząłby rozpaczać, ciskać przekleństwami lub też w inny sposób wyrażać swoje niezadowolenie. Drwal jednak nie zrobił żadnej z tych rzeczy, po prostu zaczął dalej tłumaczyć pewne aspekty historii swego przyjaciela, które Sechmann znał już z odnalezionych w opuszczonej chacie listów. Chociaż mężczyzna dobrze wiedział, że ów dom wcale nie był taki opuszczony, wyczuwalna aura Pierwszego, czyjś oddech i wreszcie zawieszone w drzwiach zwłoki Saladyna świadczyły o obecności kogoś, kogo Krtań co prawda szukał, ale nie chciał spotkać niespodziewanie.
  Dzielny mąż jednak nie rozmyślał w tej chwili o chacie; miał teraz inne sprawy na głowie. Uznawszy rozmowę z Riedlem za skończoną, dziarskim krokiem ruszył ku drzwiom, aby wraz z zakochanymi udać się do domu Juny. Vitav przede wszystkim chciał odczytać przesłanie, jakie morderca – przynajmniej tak mu się wydawało – zostawił dziewczynie i w tej chwili nic nie mogło mu w tym przeszkodzić. Nie oglądał się na nikogo, przekonany o tym, że i tak nie ma w tym domu osoby lepiej nadającej się do owej misji, przy czym znajomość sanctinu nie była tu jego jedynym atutem. Z tymi myślami w głowie, mężczyzna wyszedł na zewnątrz, gdzie miał okazję doznać kolejnego szoku. Gdy był już przekonany, że Vrlika niczym go nie zdziwi, osada postanowiła go najwyraźniej zaskoczyć. Po raz pierwszy od dawna – a w wiosce przepełnionej smrodek strachu i czającą się dookoła grozą czas ciągnął się tak niemiłosiernie, że woj czuł się tak, jakby spędził tu tygodnie co najmniej, a nie dni – świeciło słońce, śnieg łaskawie nie sypał, a wiatr nie szarpał odzieniem. Przy tak przyjemnej pogodzie zaspy śniegu i czapy na drzewach sprawiały, że krajobraz prezentował się całkiem... malowniczo. Sechmann nie był poetą, nie zwykł mitrężyć czasu na rozmyślanie o pierdołach takich jak piękno przyrody, ale nawet on nie mógł nie zorientować się, iż poranek wyglądał dziś wyjątkowo dobrze. Czyżby znak od Onych? Mężczyzna jednak i tu nie tracił czasu na czcze rozmyślanie, w końcu nie czas podziwiać urok wiecznej zimy, gdy w okolicy grasuje kreujący się na erudytę tworzącego wiersze morderca. Egzarcha prędko otrząsnął się ze swego zdumienia, jakie wzbudziło w nim rześkie powietrze i słoneczne promienie, które załamywały się w miriadach lodowych kryształków, które spowijały ziemię. A gdy już Vitav wyrzucił ze łba wszystkie niepotrzebne myśli, ruszył do stajni, od progu pospieszając młodych. Juna i Timm gwałtownie odskoczyli od siebie, chociaż rzut oka na tę dwójkę pozwolił ocenić, że nie oddawali się w samotności żadnym sprośnym czynnościom. Suknia dziewczyny i jej misternie upięte włosy pozostawały w absolutnym ładzie, podobnie jak skromne, ale solidne odzienie chłopaka. Ot, zakochani po prostu wtuleni w siebie szeptali sobie nawzajem czułe słówka, mając za świadka drwalowego konia, który ze stoickim spokojem przeżuwał owies, nieprzejęty uczuciem młodych i nieczuły na straszliwe zbrodnie, jakich dokonywano w wiosce.
  — Oczywiście, nie warto tracić czasu — powiedziała niewiasta, ciągnąc za sobą Timma. Gdy już cała trójka przechodziła przez most, dodała: — Nie zawsze sypie tu śnieg, inaczej ludzie nie daliby rady tu żyć. Owce co prawda wypasamy na łąkach, które zima nie wzięła we władanie, ale nawet tak trudno nam tu by było zajmować się robotą, gdyby wicher i śnieżyce uniemożliwiały wychodzenie z domów. Janik co prawda mówił, że według legendy założyciele musieli składać ofiary, aby pogoda sprzyjała, ale i bez tego jest tu dość wygodnie. Ale to mi coś przypomniało – jeśli miałby pan jakieś pytania dotyczące historii naszej osady, najlepiej byłoby zapytać o to właśnie Janika. Młody jeszcze, ale od zawsze interesowały go legendy i podania, toteż wie nawet więcej, niż starszyzna. Gdyby tak nie kochał Vrliki, zostałby wspaniałym bardem, a może nawet jakimś mędrcem? —
  W głosie dziewczyny czuć było coś więcej niż tylko pochwałę wobec intelektu owego Janika, Sechmanna nieomylnie rozpoznał w owej paplaninie nutę czułości. Jeśli Timm też to wyczuł, to nie dał tego po sobie poznać, nie okazując zazdrości czy też oburzenia, że jego wybranka zachwyca się jakimś innym mężczyzną. Zresztą pomijając ostatnie słowa Juny, młodzi byli teraz milczący, nie odzywali się, o ile Egzarcha nie zapytał ich o coś wprost, prowadząc go znanym mu z poprzedniego wieczora skrótem do wioski. Tym razem jednak cała ta plątanina ścieżek prezentowała się lepiej, chociaż nadal zaspy śniegu uniemożliwiły dokładne rozpoznanie terenu. Za każdym zakrętem mężczyźnie wydawało się, że oto znaleźli się w tym samym miejscu, jakby cały czas robili niekończące się pętle.
  W końcu owo wrażenie znikło, gdyż zupełnie nieoczekiwanie znaleźli się na szerokiej, niedawno odśnieżonej drodze do wioski. Prędko dotarli do opłotków, mijając liche domostwa biedoty, przypominające kurniki, obok których stały. Wreszcie doszli do rynku, gdzie stały pokaźniejsze domostwa. Juna, zręcznie omijając mężczyzn targających beczki i inne ciężkie przedmioty oraz kobiety plotkujące w grupkach, wokół których jak kruki krążyły dzieci, brudne i hałaśliwe, przeszła przez cały plac, zdjęła toporną kłódkę i weszła do swego domu, gestem zapraszając do środka również Sechmanna. Ów dom był w istocie sklepem sukienny, mieszczący się w okazałym, dwupiętrowym budynku z kamienia, krytym gontem miast strzechą, tak jak w budach motłochu. Dziwnie elegancki jak na taką wiochę szyld informujący o najlepszych tkaninach w okolicy – co musiało być prawdą, w końcu gdzie w Białym Lesie można by znaleźć tkaniny? W lisich norach? – zwisał na żelaznej wolucie tuż nad progiem, za którym znajdowało się miejsce zdecydowanie luksusowe. Bele materiału w intensywnych, równomiernie wybarwionych kolorach starannie poukładano na półkach, a oprócz tego w ofercie znajdowały się szerokie bransolety ze złota, kolczyki, flasze perfum... Tak jak Sechmann miał okazję się wcześniej przekonać, wieśniaczki były tutaj wyjątkowo przywiązane do błyskotek, skoro kupowały je i nosiły mimo tego, że pod zimowym odzieniem nie widać biżuterii. Juna jednak nie zamierzała się teraz wcielać w sprzedawczynię, a zamiast tego wyminęła pustą ladę, kierując się ku tyłom domu, gdzie morderca zostawił wiadomość.
Ilość słów: 1267

Awatar użytkownika
Vitav
Administrator
Posty: 41

Vrlika

Post#3 » sob gru 02, 2017 8:23 pm

  Chciałoby się powiedzieć, że pierwszy raz od dawna Sechmannowi we znaki dało się słoneczne światło bijące prosto w jego oczy. Nawet tak się zdawało, lecz chwilę potem nastawało oprzytomnienie, wracała myśl o tym, że spędził w tej osadzie zaledwie kilkadziesiąt godzin... a i tak zdołał przywyknąć do wszech panującego mrozu, mroku oraz niepokoju. Co dziwne – przynajmniej dla Vitava – ta z pozoru przyjazna aura rozświetlających drogę promieni, sprawiała, iż Egzarcha czuł się nieswojo, tak jakby coś miało się na niego zaraz rzucić. Sam już nie wiedział czy to objawy swego rodzaju paranoi, której zdołał się nabawić przebywając we Vrlice, czy może to intuicja szeptała coś wprost do uszu syna Roderyka. I choć doskonale wiedział, że odrzucając te myśli postępuję głupio i nieroztropnie – zrobił to. Zdawał sobie sprawę z tego, iż nie może wiecznie być ostrożny jak kot, bowiem żeby coś się w tej sprawie ruszyło, trzeba zaryzykować i rzucić kośćmi losu. Jeśli wynik będzie słaby to w najgorszym wypadku zginie, pewnie nawet nieświadomy tego, że coś właśnie wbija szpony w jego ludzkie ciało.
  Pora się pozbierać, przyszykować siły na nieznane, dowiedzieć się jak najwięcej i ukrócić ten burdel. Za dużo ludzi tu już zginęło, niektórych zdołałem poznać. Saladyn zawisł, Antymag nie wrócił, zeszłego dnia i ja prawdopodobnie minąłem się ze śmiercią, niemal ciągnąc ze sobą w jej objęcia Timma. Smutne by to było zwieńczenie mojej podróży po tej zapomnianej osadzie o prawdopodobnie całkiem ciekawej historii. Jak już rozprawimy się z tym sukinsynem, będę musiał namówić Holgera albo jakiegoś miejscowego, żeby co nieco o tych terenach mi opowiedział — rzekł w swych myślach sam do siebie Vitav. W istocie był w pewnym sensie rozdarty – z jednej strony chciał to przeklęte miejsce jak najszybciej opuścić, a z drugiej coś sprawiało, iż był wyjątkowo zainteresowany przeszłością wioski. Tak czy inaczej, nie było już czasu do stracenia.
  Tymczasem zbliżał się już powoli do stajenki, przy której – co dostrzegł jedynie przez krótką chwilę kątem oka – wtulona w Timma dziewka prawdopodobnie z nim o czymś czule rozmawiała. Normalnie machnąłby na to ręką, ale to był pierwszy raz, gdy widział tak rozluźnionych ludzi mimo otaczającej ich zewsząd śmierci. Szlachetnie jednak postanowił nie komentować ich zachowania, bowiem mogłoby to doprowadzić do niepotrzebnej dyskusji. Zresztą nie przybył do Vrliki pouczać jej mieszkańców. Oni sami chyba najlepiej wiedzieli jak powinni postępować, a że miast się smucić i drżeć z przerażenia, woleli udać się w objęcia miłości... cóż, to jedynie ich sprawa. Najwidoczniej młodzi są tu tak samo nieroztropni jak i starszyzna — skomentował, znów w myślach.
  — Zadziwiające, choć do mnie samego dochodziło wiele plotek na temat Białego Lasu. Podobno śnieg nigdy tu nie topnieje, a natura jest martwa niemal przez cały rok. Zawsze mnie ciekawiło jak radzą sobie tu ludzie, jak są w stanie budować osady i w nich żyć, bo nie wyobrażałem sobie, że pożywienie czerpią z samych polowań na dziką zwierzynę. W takim wypadku już dawno wybiliby wszystko, co te lasy zamieszkuje — odparł na to, cóż rzekła do niego Juna. Mimo wszystko marsz w zupełnej ciszy byłby nieprzyjemny, nawet pośród słonecznych promieni delikatnie muskających zarośnięte lico Vitava — Ofiary z ludzi. Głupota najczystsza i przejaw kompletnej ignorancji. Każdy kto na tym świecie żyje, wie doskonale o tym, że Oni nie pragnął, nigdy nie pragnęli oraz pragnąć nie będą ludzkiej śmierci. Są samą dobrocią, istotami idealnymi pod każdym względem, nieskażonymi grzechem. Komu więc miałyby być składane te ofiary? — spytał niemal oburzony, słysząc kolejne słowa wypowiedziane przez wybrankę pomocnika drwala. Za to drugi już raz usłyszał o Janiku, którego to tak czule wychwalała Juna — Ale powiedz mi proszę, Juno, gdzież ja tego waszego Janika odnajdę? Ktoś wcześniej gadał, że kręci się jak szaleniec jakiś po całej Vrlice, wieczorami głównie. Spotkać go więc cudem by było zapewne — dokończył. Któryś już raz w ciągu tej rozmowy kompletnie zmienił ton swego głosu, swe nastawienie. Sam się temu dziwił, nie miał nawet pojęcia czemu tak się działo, coś jednak tak oddziaływało na jego charakter. Czyżby kolejne objawy dziwactwa, które zaczęło powoli się w Sechmannie zalęgać? A może to po prostu paranoja, która minie, gdy tylko opuści Vrlikę? O tym jednak miał przekonać się dopiero za jakiś czas – jedno jednak było pewne, wrażenie ciągłego kręcenia się w kółko, nie pomagało ani trochę.
  W końcu jednak cała trójka i koń wkroczyli do osady, minęli kilka domów wyglądających tak, jakby zaraz miały się rozpaść, kurniki oraz ogółem całą biedę skupioną jakby w jednym miejscu. Kilkaset kroków musieli jeszcze zrobić, by dojść do domostwa Juny. Ta chwilę męczyła się z absurdalnie dużą kłódką, ale w końcu wygrała. Minęli próg domu, weszli do środka, wyminęli ladę i udali się na tyły. W tym czasie Sechmann miał moment na przyjrzenie się wnętrzu – bogactwo, a jak na warunki Vrliki to nawet przepotężny luksus. Świecidełka, perfumy, piękne suknie. Ten sklep prezentowałby się naprawdę dobrze nawet w samej stolicy Królestwa Waldgrossen, w Kinkengardzie. Koniec końców znaleźli się jednak w najmniej przyjemnym miejscu, w pokoju gdzie znajdowała się wiadomość domniemanego mordercy. Ostatecznie Egzarcha nadal nie miał pewności czy to człek od osobliwych listów chodzi i zabija, czy może jest jedynie marnym sługusem... Jaki Pierwszy, do cholery, bawiłby się w takie podchody? — stwierdził i zabrał się za odszyfrowywanie przekazu.
Ilość słów: 1033

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość